Zanim zagrał już wygrał, czyli ślepa wiara w potęgę prezesa.

REKLAMA
Paweł Lisicki w Wirtualnej Polsce, w felietonie „Ofiary własnej propagandy: Kaczyński osiągnął dokładnie to, co zamierzył” pisze: „Każdy, komu zdarzyło się grać choć raz w życiu w pokera wie, jakie to uczucie, kiedy nadchodzi moment ostatecznego sprawdzenia kart. Rozegrał je perfekcyjnie. Sam wybrał dogodną dla siebie chwilę, w czasie, gdy z prezydentem Barackiem Obamą spotykał się Andrzej Duda i tuż przed poniedziałkowymi rozmowami przewodniczącego Rady Europy z polskimi politykami. Sam określił temat - poszukiwanie kompromisu wokół Trybunału i, co najważniejsze, przedstawił po swojemu przebieg rozmów. Słowa prezesa PiS, że wreszcie zamiast wojny doszło do dialogu politycznego, można uznać tylko za przypieczętowanie zwycięstwa.
Lisicki wpisuje się w szerszy kontekst komentarzy dotyczących spotkania Jarosława Kaczyńskiego z liderami opozycji. Prawicowi publicyści, tak jak on, już ogłosili Kaczyńskiego zwycięzcą. Ci z przeciwnej strony: Lis, Giertych, że wymienię tylko autorów piszących w Natemat, już wskazali ogranego – jedynego, który na wezwanie odpowiedział, po pierwsze konstruktywnie – przedstawiając plan rozwiązania problemu, po drugie, deklarując dobrą wolę rozmów słynnym już „widzę światełko w tunelu”.
To ciekawe, że tym razem publicyści z obu stron sceny politycznej wydają się być zgodni. Kaczyński rozgrywa opozycję jak chce. Znów pokazał dominację. Za granicą może sprawiać fałszywe wrażenie kompromisu itp. Zgodnie (sic!) piszą komentatorzy od lewej do prawej.
Panowie i Panie, mam wrażenie, że sądy wydajecie pochopnie. Rozgrywka dopiero się zaczęła. Na razie mamy pierwsze blotki na stole. To zdecydowanie zbyt wcześnie, by ogłaszać zwycięzcę. Proponuję wyjść poza ustalony schemat myślenia zbliżony do regularności wzajemnej młócki polskiej polityki ostatnich 10 lat. Trochę, dystansu krytycznej refleksji! Proszę. Ogłaszanie a priori prezesa zwycięzcą to po prawej stronie ideologiczne zaślepienie, po lewej dowód kompleksów, mieszanki przerażenia i wiary w jego absolutną omnipotencję. Tak czy owak cokolwiek zrobi Kaczyński już wszystkich ograł.
To nie tak panowie, nie tak
Ale od początku. Po pierwsze, w zachwycie nad geniuszem prezesa Paweł Lisicki mija się z prawdą. Nieprawdą jest bowiem, że prezes wybrał czas i miejsce. Konferencja prasowa Kaczyńskiego została zwołana w południe, w skrajnym pośpiechu, ad hoc. Prezes nie był przygotowany, improwizował. To było słychać, widać i czuć. Większość komentatorów przeoczyła bowiem fakt, iż tego samego dnia rano z inicjatywą kompromisu i rozmów w sprawie Trybunału wystąpił nie kto inny, lecz czarny koń tej rozgrywki - Ryszard Petru. Konferencja prasowa Kaczyńskiego i oferta rozmów była reakcją na wezwanie „lidera opozycji”. Kolejność zdarzeń w tej kwestii jest kluczowa, bowiem powszechnie wiadomo, że prezes negocjacji nie lubi, w rozmowach się gubi, ucieranie stanowisk w jego naturze nie leży a kompromisami się brzydzi.
Rozmowy z opozycją to nie mistrzowski blef, ale wymuszona reakcja na zaczepkę przeciwnika. Negocjacje to nie jest naturalne otoczenie dla rasowych łowców w stylu Kaczyńskiego. On woli mniej wyrafinowaną, lecz niezwykle skuteczną, sztukę politycznego szantażu, groźby, przekupstwa lub wymuszenia. Dlatego, i wiem, że to co napiszę będzie tezą kontrowersyjną, Kaczyński rozmów nie chciał. Źle się w nich czuje. Mało tego – rozmowy te niezależnie od wyniku stawiają go w bardzo trudnej sytuacji politycznej, bo sam fakt ich zaistnienia wyjmuje mu polityczny łom – ulubione, podstawowe i proste narzędzie szantażu – w postaci prostego przekazu – TO WINA OPOZYCJI. To opozycja ma niekonstruktywny stosunek do problemu. To opozycja nie chce rozmów i negocjacji. To opozycja organizuje protesty uliczne, demonstracje i marsze. W takich warunkach nie ma z kim i o czym rozmawiać. Kaczyński miesiącami świadomie eskalował konflikt, wyzywając oponentów, począwszy od komunistów i złodziei, na elemencie animalnym kończąc. Oferta Petru kończyła tę grę. Kaczyński może teraz jedynie czekać na rozwój wypadków, co stawia go w bardzo nietypowej sytuacji, bo Petru po raz pierwszy powiedział „sprawdzam”. Sprawdzam, kto naprawdę nie chce rozmów, kto blefuje. Ten pierwszy blef Kaczyński przegrał. Został zmuszony do reakcji. Przyznaję zareagował błyskawicznie. Nie dał sobie odebrać inicjatywy. Nowoczesna przespała parę godzin i oddała pole. Kaczyński mógł skutecznie udawać, że rozdaje karty. Ale w trakcie błyskawicznie, ad hoc zwołanej konferencji prasowej zrobił to co musiał, a nie to co chciał – złożył ofertę rozmów z opozycją. Dla niego idealny wariant byłby oczywiście taki, gdyby oferta ta została odrzucona. Wrócilibyśmy do wygodnej narracji o winie opozycji, dobrej woli rządu itp. I właśnie dlatego, że wiadomo było, że Petru ofertę rozmów przyjmie, bo sam ją przedtem złożył, cała opozycja przyjęła zaproszenie. Drugi blef się nie udał.
Sedno rozgrywki
I tu dochodzimy do sedna rozgrywki. Po kluczowym spotkaniu można było reprezentować dwa skrajnie różne stanowiska – "światełko w tunelu", czyli demonstrujemy dobrą wolę do rozmów, lub "opozycja totalna", czyli rozmowy od początku są kłamstwem. Jestem przekonany, a dynamika sondaży to potwierdza, że partie zyskują na pierwszym stanowisku a tracą na drugim. Notowania Nowoczesnej ustabilizowały się. Kukiz zyskuje. Po i PiS dynamicznie tracą (szczegóły tutaj)). Czy dynamika popularności partii politycznych nic politycznym komentatorom nie mówi? Powinna, bo wyraźnie widać, że partie, które deklarują wolę kompromisu rosną, a te pozostające w totalnym konflikcie spadają. Dlaczego? To proste, ludzie są zmęczeni wojną. Chcą, by politycy szukali rozwiązania. Boją się napięcia, agresji, zamieszek, przelewu krwi. Eskalacja konfliktu partiom nie służy. Wojna, która przez lata utrzymywała stabilny układ PO kontra PiS teraz działa na ich niekorzyść, bo układ ten został raz na zawsze rozchwiany przez nowe twarze w polityce. Kukiza i Nowoczesną, choć wszystko różni, to jedno wszak łączy – obie negują fundamentalny dotąd w polskiej polityce spór pomiędzy PO i PiS. Spór żywiący dotąd obie te partie. Donald Tusk doskonale zdawał sobie sprawę z komfortu takiej sytuacji, świadomie hodując przeciwnika.
W sporze o TK obie nowe formacje postąpiły zgodnie ze swoją strategią, która przyniosła im wyborczy i sondażowy sukces – zanegowały spór w tradycyjnym wydaniu. Powiedziały „sprawdzam”. I to „sprawdzam” zostało bardzo dobrze przyjęte w świecie. Jagland, Timmermans i Obama mówią to samo – rozmowy są konieczne. Dobrze, że się toczą. Fundamentem rozmów powinna być realizacja zaleceń Komisji Weneckiej, czyli publikacja wyroku TK i zaprzysiężenie 3 sędziów legalnie wybranych przez poprzedni parlament. Innymi słowy, powtarzają to, co jako ofertę kompromisu przedstawił Petru. I tu Lisicki znowu nie ma racji przedstawiając sam fakt rozmów jako zwycięstwo Kaczyńskiego w polityce międzynarodowej. To klęska. Po pierwsze nie ma wymówki pod tytułem „nie ma z kim rozmawiać”. Po drugie oferta Petru jest traktowana przez Radę Europy, Komisję Europejską i USA jako jedyna rozsądna, co bardzo wzmacnia jego pozycję negocjacyjną. Po trzecie Kaczyński się zagalopował deklarując, że przyjmie zalecenia Komisji Weneckiej. Ta deklaracja została podchwycona i przez Petru i przez polityków zachodu. Trudno się z niej wycofać bo oznacza to jednostronne zerwanie rozmów, które się samo zorganizowało. Trudno też ją zrealizować, bo w tym układzie politycznym oznaczałoby to bezwarunkową kapitulację Kaczyńskiego przed Trybunałem. Kaczyński z TK przegrał już 2 razy i jestem pewien, że trzeci raz nie zamierza. Niestety dla prezesa, tak sformułowana oferta rozmów została przyjęta i dziś stanowi rozsądną dla wszystkich podstawę kompromisu.
Już dzisiaj jedno jest pewne. Wbrew triumfalnym zachwytom prawicowych publicystów nad sprytem Jarosława, spokojem Szydło i skutecznością Dudy, PiS wojnę o trybunał za granicą błyskawicznie przegrywa. Już dziś wiadomo, że nie tylko prace nad rezolucją w Parlamencie Europejskim nie zostały wstrzymane, lecz wręcz odwrotnie - przyspieszone. Politycy PiS i wierne im redaktorskie pióra, pomylili uprzejmość z przychylnością. Nie pierwszy raz. Otwarcie rozmów nie tylko nie powstrzymało nacisków zachodu, lecz wręcz odwrotnie, zwiększyło je i przyspieszyło bieg wydarzeń. Po pierwsze nie było wymówki – było z kim rozmawiać, po drugie, mogły okazać się skuteczne jedynie przy negocjacyjnym stole. Gdy rozmów nie ma, naciski zachodu brzmią jak czcze połajanki. Gdy rozmowy się toczą, albo wszyscy udają , że tak jest, stają się skutecznym instrumentem nacisku. Prymitywne rachuby rodem z knajackiego podwórka polskiej polityki prysnęły jak mydlana bańka. Jarosław wpadł w pułapkę.
Trzy wyjścia – każde złe
Kaczyński w tej sytuacji ma trzy wyjścia. Wszystkie złe. Po pierwsze może odmówić rozmów twierdząc, że propozycja Petru jest nie do przyjęcia. Byłaby to klęska w skali międzynarodowej. Stanowisko dla nikogo niezrozumiałe, bo sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami prezesa. Szef Nowoczesnej mógłby i pewnie to zrobi, krzyknąć: „Kaczyński świadomie i z premedytacją oszukał Polaków i społeczność międzynarodową”. Panie Lisicki w pokerze jest tak, że gdy jeden z graczy mówi „sprawdzam”, a drugi blefuje, to przegrywa nie ten kto sprawdza, lecz właśnie ten drugi. W tym przypadku Pański pryncypał. Nic bardziej nie boli niż nieudany blef.
W wariancie drugim Kaczyński może wydłużać rozmowy, grać na czas. Bardzo złe wyjście. Petru będzie codziennie domagać się konstruktywnej propozycji zgodnej z zapowiedzią o przestrzeganiu zaleceń Komisji Weneckiej. Prezes wie bardzo dobrze jak ta strategia się nazywa, sam ją stosował wielokrotnie – to "grillowanie przeciwnika". Stanowczo, spokojnie i konsekwentnie upokarzając go codzienne w pozycji do raportu. Szef Nowoczesnej będzie mógł ośmieszać Kaczyńskiego bezkarnie, stale robić z niego publicznego kłamcę, domagając się oferty, której złożenie ów zapowiedział. Stawiać prezesa na baczność? Bezcenne!!!! W końcu pojawi się data graniczna – na dzisiejszej konferencji prasowej w sejmie już się pojawiła - to 12 kwietnia – w której skończy się "grillowanie" i zacznie "sprawdzam". Politycznie bardzo skuteczne zagranie – nowicjusz rzuca starej wydze, największemu drapieżnikowi wyzwanie i jak równy z równym staje do walki. Więcej, to Petru wyznacza datę, dyktuje warunki, stawia ultimatum. Po upływie granicznego terminu, ogłasza jak w punkcie pierwszym. Pierwszy wariant był zły. Drugi jeszcze gorszy.
Wariant trzeci – Jarosław formułuje jakąkolwiek pozytywną, realistyczną ofertę wobec opozycji. Ten wariant ze względu na naturę prezesa uważam, za bardzo mało prawdopodobny, wręcz niemożliwy, ale podobno w polityce nie ma rzeczy niemożliwych, więc go rozważmy. Niezależnie od treści takiej oferty, Ryszard Petru natychmiast ogłasza swoje wielkie zwycięstwo. Obiecywał przecież na ulicach, wobec dziesiątków tysięcy ludzi, że powstrzyma Jarosława, że Jarosław się cofnie. Zapowiedź ta wydawała się śmieszna, a jednak: Dawid dopadł Goliata. Mistrz politycznej wolnej amerykanki poddaje się pod presją negocjacyjną (sic!) politycznego debiutanta. Największy awanturnik III i IV RP ujarzmiony! Dlaczego nie wierzę w ten wariant? Bo nie wierzę, że Kaczyński byłby w stanie dać jakiemukolwiek przeciwnikowi politycznemu taką satysfakcję, a szczególnie takiemu, takiej politycznej „świeżynce” jak Ryszard Petru. To byłby początek końca jego własnego przywództwa. Wyobrażacie to sobie? Kaczyński do tej pory mógł przegrać tylko z jednym człowiekiem i był to Donald Tusk. Jeśli przegra z Ryszardem Petru – i to niezależnie od tego jaki wariant tej klęski wybierze – to jeśli tyko Petru nie potknie się o własne nogi, jeśli się Kaczyńskiego nie przestraszy, jeśli będzie go rozgrywał na zimno, spokojnie, konsekwentnie i konstruktywnie to chyba wiem kto będzie następnym premierem.
Puenta – duży zwierz
Bo partie pokera, drodzy Państwo, gdy na stole pojawia się pierwsza blotka, dopiero się zaczynają. Kończą się zawsze w ten sam sposób – gdy gracze liczą żetony i wstają od stolika. Do tej chwili, zapewniam, jeszcze nam daleko.
Wiem, że trudno się Ryszardowi Petru przebić. Polska polityka do tej pory była domeną prostych, efektownych, skutecznych i hałaśliwych narzędzi w postaci cepa, łomu, bejsbolowego kija i wrzasku. W takim hałasie trudno usłyszeć przekaz choć trochę bardziej finezyjny. Petru po prostu nie chce krzyczeć z tłumem. Wybrał autonomiczną drogę. Bardziej ryzykowną, lecz toczoną o bez porównania wyższą stawkę. Ryszard Petru gra o prawdziwe przywództwo. Najbliższe dni pokażą czy robi to skutecznie. Zapewne miał rację Grzegorz Schetyna gdy mówił, że światełko w tunelu, które widzi Petru to światełko pędzącego pancernego pociągu. Nie jestem tylko pewien czy Schetyna dobrze wskazał osobę, która stoi na torach.
Swoją drogą kibicuję szefowi Nowoczesnej z całego serca. Po pierwsze, dlatego, że ma szansę zmienić powszechnie panujący język inwektyw i obyczaje rodem z bijatyk w Polskiej polityce. Po drugie, dlatego, że jego zwycięstwo byłoby triumfem rozumu nad siłą, strategii nad wolą, wyobraźni nad brutalnością. W polityce nie ma nic cenniejszego niż zobaczyć ten pierwszy błysk w oku przeciwnika, który właśnie zrozumiał, że jest w pułapce bez wyjścia. Jarosław Kaczyński wielokrotnie napawał się unikalnym widokiem zaskoczenia, niedowierzania, upokorzenia, frustracji i paniki gdy ofiara zaczęła się bezsilnie miotać, pogrążając w sidłach. Panie Prezesie, jesteś Pan duży zwierz. Miło będzie popatrzeć.