- Co mi mówią nazwiska rosyjskich hokeistów? Dotychczas grałem z nimi tylko na PlayStation – tłumaczył przed niedzielnym finałem Mistrzostw Świata w hokeju na lodzie 21-letni Libor Hudaczek. W niedzielę wraz ze swoimi kolegami z zespołu wziął udział w sensacyjnym finale MŚ przeciwko Rosji. W Helsinkach przecierali oczy ze zdumienia, obserwując, jak hokeiści z małego środkowoeuropejskiego kraju sprawiają sensację za sensacją.
REKLAMA
A miało być przecież inaczej. To nie dziś, a rok temu Słowacy mieli zdobyć medal Mistrzostw Świata – u siebie, grając swoje mecze w robiącej wrażenie bratysławskiej hali imienia legendarnego łyżwiarza figurowego Ondreja Nepeli. Media rozpisywały się o mistrzostwach ostatniej szansy i dramatycznie sugerowały, że jeśli nie teraz – to nigdy. Słowacka reprezentacja składała się z doświadczonych, wypróbowanych w zagranicznych rozgrywkach – amerykańskim NHL i rosyjskim KHL – zawodników, którzy mieli zagwarantować spełnienie hasła, którym Słowacja reklamowała się w świecie: „Republika Słowacji – Republika hokeja”.
Bilety na mecze Słowaków wyprzedały się na pniu (ich zdobycie na fazę grupową było praktycznie niemożliwe, cudem udało mi się zdobyć bilety na drugą fazę), oczekiwania były ogromne. Atmosferę można po trochu porównać do panującej dzisiaj w Polsce przed EURO2012 – przy czym pytanie dotyczące sportowców nie dotyczyło tego, czy (jakimś cudem) wyjdą z grupy, ale jaki medal zdobędą. Co udowodnią swojej własnej publiczności.
Przypominali historię: że Słowacja była jedynym mistrzem świata, który nie organizował tej rangi imprezy u siebie; że są w swoim najsilniejszym składzie; że specjalnie zbudowali fantastyczny „Zimný štadión Ondreja Nepelu” (Samsung Arena); że chcą zamanifestować swoją wartość i zagrać trochę na nosie Czechom.
Ale mistrzostwa brutalnie zweryfikowały słowackie plany – drużyna nie tylko ledwo wyczołgała się z pierwszej fazy rozgrywek, ale odpadła na drugiej. Przegrali nie tylko z faworyzowanymi Rosjanami, ale właśnie też z sąsiadami, byłymi współobywatelami w ramach federacji.
Z radości i euforii z powodu organizacji mistrzostw, Słowacy popadli w histerię. Że teraz ich hokej się załamie; że przychodzą chude lata; że w sumie reszta mistrzostw ich nie obchodzi. Po turnieju zmieniono trenera kadry, a duża część hokeistów faktycznie przestała grać dla reprezentacji.
Tym bardziej zaskakujący jest sukces Słowaków w skończonych w niedzielę Mistrzostwach Świata w Helsinkach i Sztokholmie. Odświeżony, młody skład (choć z najstarszym Miroslavem Szatanem) pod wodzą nowego, czeskiego trenera Vladimira Vůjtka (który – żeby było zabawniej – ma żonę Słowaczkę) miał powalczyć o to, co się będzie dało. Bez przesadnych ambicji.
Obsadzenie Czechem tego prestiżowego stanowiska zresztą też jest dość wyjątkowe, pamiętając o napięciach między oboma narodami (choć wielu twierdzi, że lubią się bardziej niż przed rozpadem). Kiedy popularny napój Vinea przeniósł swoją produkcję ze Słowacji do Czech, wielu Słowaków przestało go kupować. Młodsze pokolenia mają nawet problemy z komunikacją – o ile Słowacy znają czeski choćby z telewizji, Czesi nie mają styczności z językiem. Bywa, że proponują przejście na angielski (sam się z tym zetknąłem, ku mojemu zdumieniu – i to w rozmowie z natywnym użytkownikiem słowackiego, a nie z moim polsko-słowackim akcentem). Kiedy rok temu, podczas słowackich mistrzostw, los również zetknął ze sobą obie reprezentacje, Słowacy mówili otwarcie: „możemy przegrać wszystko, ale Pepików musimy ograć”.
Nowy zespół zaczął zadziwiająco dobrze funkcjonować. Słowacy wyszli spokojnie z grupy (pokonując m .in. USA) i sprawili sensację eliminując Kanadę (Vůjtek: „nie ma rzeczy niemożliwych”) i Czechów (wcześniej trener czeskiej kadry mówił, że „gdyby Słowacy weszli do półfinału, a my nie to byłby to wstyd”, czym raczej nie zyskał przychylności w Bratysławie). Z tym wiąże się kolejna anegdota: podczas czesko-słowackiego meczu w karczmie w Klimkoviciach, z których pochodzi Vůjtek, sympatie kibiców rozłożyły się pół na pół, zaś żona szkoleniowca Słowaków – Słowaczka – powiedziała… płynnym czeskim: „kibicowałam chłopakom”. Jakby tego było mało, po zakończeniu meczu Vůjtek nie wahał się i wraz ze swoimi podopiecznymi odśpiewał słowacki hymn (pytającemu go o to dziennikarzowi, odpowiedział puszczając oko i mszcząc się za wcześniejszą wypowiedź czeskiego trenera: „No cóż, to był jedyny hymn, jaki był zagrany”). Dziś, kilka dni po zakończeniu zawodów, coraz głośniej mówi się o pomyśle nadania mu honorowego obywatelstwa. On sam je tonuje, mówiąc, że wciąż jest dzieckiem czechosłowakizmu i jedno mu wystarczy.
Jakby tych wątków mieszających narodowości było mało, zapraszam do zapoznania się z… fińskim komentarzem do Mistrzostw. Słowacy uzyskali fana w najmniej spodziewanym miejscu, a ten szybko stał się gwiazdą krajowych mediów, które przekrzykiwały się w tłumaczeniu przyjaźni fińsko-słowackiej (!) jako solidarności małych narodów i apelowały o odznaczenie komentatora medalem od Prezydenta Słowacji, Ivana Gaszparowicza.
Mistrzostwa te były jednak specjalne jeszcze z dwóch powodów. Po pierwsze, odbywały się równo dziesięć lat po sensacyjnym zdobyciu Mistrzostwa przez Słowaków. W 2002 roku w Goteborgu Słowacy sprawili jedną z największych sensacji w historii, pokonując w finale… Rosjan. W 2012 roku im ulegli, ale sam fakt walki o złoto budzi podziw.
Po drugie, chyba nawet ważniejsze, te mistrzostwa były pierwszymi po śmierci Palo Demitry. Hokeisty-legendy, postaci, ikony słowackiego hokeja. Demitra był ulubieńcem kibiców, których porywał swoim zaangażowaniem, ale przede wszystkim bardzo dobrym, doświadczonym zawodnikiem. Miał ponad 800 spotkań w NHL na koncie, zdobył ponad 300 bramek i 400 asyst. W sezonie 2010/2011 zakontraktował się w Kontinientalnaja Chokkiejnaja Liga (Kontynentalnej Lidze Hokejowej) w zespole Lokomotiwu Jarosław. We wrześniu 2011 roku zginął w katastrofie samolotu wraz ze wszystkimi kolegami z drużyny. Tuż przed Mistrzostwami Świata został wprowadzony do Galerii Sław hokeja.
W to, że nad słowacką reprezentacją jego duch unosił się podczas zakończonych Mistrzostw nie wątpi nikt. Tomáš Kopecký, reprezentacyjny lewoskrzydłowy, po każdej bramce wskazywał w kierunku nieba. Zdeno Chara, najszybciej strzelający zawodnik NHL, po finałowym meczu z Rosją odbierał swój srebrny medal w koszulce Demitry. Zawodnicy na treningowych koszulkach nosili jego numer – 38 – i na każdym kroku podkreślali, że o nim pamiętają.
Wierzący w siły pozaziemskie twierdzą, że Demitra też pamiętał o kolegach. Bramka na 4:2 w meczu ze Stanami Zjednoczonymi padła na 38 sekund (a no właśnie…) przed końcem, w taki sam sposób, jak padła dziewięć lat wcześniej – w tej samej hali, z identycznego podania, na identyczny wynik 4:2. Wówczas podawał Miroslav Szatan do Demitry, a ten w ten sposób pogrążył Czechów w meczu o brązowy medal Mistrzostw Świata 2003. W 2012 roku Demitra miał odwdzięczyć się za to podanie, patrząc na mecz z nieba.
Słowacy udowodnili po powrocie, że ubiegłoroczne hasło „Republika Słowacji – Republika hokeja” nie było przypadkowe. Srebrnych medalistów powitało w Bratysławie ponad 25 tysięcy kibiców (dla porównania – w Moskwie Mistrzów Świata oklaskiwało... 100 osób). Ponad milion osób oglądało to w telewizji, a wszystkie stacje przerwały swój program, by nadawać na żywo z Placu Słowackiego Powstania Narodowego.
Te obrazki – cieszącego się tłumu, fantastycznie dopingującego i przeżywającego momenty uwspólnotawiające dzięki sportowi – przynoszą mi dwie refleksje.
Po pierwsze, kiedy doczekamy się szansy na cieszenie się z sukcesów polskiego hokeja? Słowacy znaleźli sposób, by słaba liga nie wykluczała powstawania silnych drużyn – HC Lev Poprad został zgłoszony do rozgrywek… rosyjskiej ligi, gdzie tydzień w tydzień rywalizował z najsilniejszymi. Może to jakiś pomysł na szukających ciekawych projektów sportowych do realizacji, np. w Warszawie, Łodzi, Katowicach? Stworzyć silny zespół i co tydzień rywalizować z najlepszymi. Jestem pewien, że warszawiacy, łodzianie czy mieszkańcy Katowic chętnie „kupiliby” taki sposób spędzania wolnego czasu.
A po drugie, wciąż liczę na to, że mimo zamieszania jakie w tym momencie wybucha – politycznie, kulturowo, dyskusyjnie – i my będziemy potrafili się tak cieszyć wspólnymi momentami na EURO 2012.
Na zakończenie wróćmy do Libora Hudaczka, od którego zacząłem cały tekst. Słowak, który w momencie historycznego triumfu w Goteborgu miał… 11 lat, po finale znów trafił do centrum zainteresowania mediów. Na pytanie o to, czy po finale cieszył się ze srebra czy płakał za złotem, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „Ani to, ani to. Piłem.”
PS. Dla tych, którzy są w dziwnej większości, która uważa, że Polacy wiedzą wszystko o Słowacji. Obejrzyjcie ten filmik, zanim będziecie planowali swoje wakacje.
