Niedawno wdałem się w dyskusje z dziennikarzem radiowym - dotyczyła niedoszłego koncertu Paula McCartneya we Wrocławiu. Jego najbardziej interesował aspekt prestiżowej porażki prezydenta miasta, mnie to, że z różnych powodów, Wrocław nie jest miastem atrakcyjnym koncertowo dla megagwiazd muzyki.

REKLAMA
Jeśli popatrzeć od strony turystycznej, położenie Wrocławia jest jego wielkim atutem. Bliskość Berlina, Pragi, Warszawy, a nawet Wiednia, sprawia że stolica Dolnego Śląska jest miejscem szczególnie wartym odwiedzenia przez obcokrajowców. Z punktu widzenia megagwiazdy muzyki to jednak miasto, w którym żyje niewielu ludzi, do tego słabo skomunikowane z innymi częściami kraju.
W pobliżu Stadionu Śląskiego żyje około 2mln osób. Warszawa, ze stadionami Narodowym oraz Legii, ma ponad 1,5 mln mieszkańców. Łódź, która nie jest wielką metropolią, leży rzut beretem od stolicy i jest świetnie skomunikowana ze Śląskiem, a także Trójmiastem i Poznaniem. Patrząc na to wszystko, nie dziwie się, że McCartney wolał grać w Warszawie. Na razie jego trasa składa się tylko z kilku dat. Jeśli sir Paul planuje koncerty w Pradze czy Berlinie, występ we Wrocławiu mógłby dodatkowo kolidować z nimi geograficznie.
Świetny stadion już mamy, pozostaje mieć nadzieję na rozwój infrastruktury komunikacyjnej (dobre drogi, szybkie pociągi do Poznania oraz stolicy). Gdy to się stanie, najbardziej znane zespoły pewnie będą odwiedzać nas częściej. Obawiam się jednak, że tak często odwiedzanym koncertowo miejscem, jak Warszawa czy aglomeracja Śląska, Wrocław nie będzie nigdy.