Na najbliższym posiedzeniu Sejmu parlamentarzyści zajmą się rządowymi propozycjami zmian Kodeksu Pracy. Rząd nie radzi sobie z bezrobociem. Niedawno Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w pod koniec stycznia bieżącego roku stopa bezrobocia w Polsce wyniosła aż 14,2%, czyli prawie 2,3 mln osób. Miesiąc wcześniej bez pracy pozostawało 13,4% osób aktywnych zawodowo, a w grudniu 2011 roku 13,2%. Tylko w styczniu liczba bezrobotnych wzrosła o ponad 150 tys. osób. Co gorsza, eksperci szacują, że wkrótce stopa bezrobocia przekroczy 15%.
REKLAMA
Tymczasem minister pracy i polityki społecznej bezradnie konstatuje, że stopa bezrobocia spadnie, gdy zaczną się… prace sezonowe. Póki co rząd chce jeszcze pogorszyć sytuację pracowników. Władysław Kosiniak-Kamysz postuluje wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy, zmianę definicji doby pracowniczej, obniżenia stawek za pracę w godzinach nadliczbowych. Innymi słowy, mamy pracować dłużej i być bardziej dyspozycyjnymi za mniejsze pieniądze.
Takie propozycje są szkodliwe i nieskuteczne. Zaproponowany przez stronę rządową projekt jest kolejnym przykładem przerzucania na pracowników skutków narastającego w Polsce kryzysu. Wbrew rozpowszechnionym opiniom polski rynek pracy jest już bardzo elastyczny, a gospodarkę charakteryzuje duża ruchliwość zatrudnionych. Mamy najwyższy w UE odsetek osób zatrudnionych na czas określony i lawinowo rosnącą liczbę umów śmieciowych. Polski rynek pracy stał się rynkiem pracodawcy: to on decyduje o stanie zatrudnienia i ma dużą swobodę w zwalnianiu pracowników. Państwo nie interweniuje nawet wtedy, gdy pracodawcy łamią prawo. Ponadto stopa zysku przedsiębiorstw utrzymuje się na wysokim poziomie, a podatki dla firm i bogatych przedsiębiorców należą do najniższych w UE. Mimo to nie powstają nowe miejsca pracy, a bezrobocie rośnie. Jak widać, ten kierunek nie działa, a jedynie pogłębia stagnację naszego kraju.
Co w tej sytuacji zrobić? Przyjąć strategię odwrotną względem tej realizowanej przez rząd. Zmniejszyć elastyczność rynku pracy, radykalnie ograniczyć umowy śmieciowe, podwyższyć płacę minimalną, podnieść płace w budżetówce, odblokować środki na walkę z bezrobociem, zaprzestać demontażu prawa pracy. Brak stabilności sprawia, że ludzie żyją w lęku, nie mogą decydować się na większe wydatki w obawie przed wpadnięciem w spiralę zadłużenia, nie planują przyszłości. Z drugiej strony obniżając wynagrodzenia pracownikom, przedsiębiorcy obniżają popyt. Kto kupi ich towary, gdy ludzie będą zarabiać marne grosze? Tylko stabilne zatrudnienie i godne płace dają możliwość wzrostu konsumpcji, a co za tym idzie produkcji. OPZZ proponuje więc odelastycznić rynek pracy i zastopować samowolę pracodawców. Jeżeli pracodawcy są na tyle nieodpowiedzialni, że zatrudniają pracowników na śmieciowych warunkach, to rząd przy wsparciu związkowców powinien zmusić ich do podpisywania stabilnych umów na etat i płacenia godnych wynagrodzeń. Skorzysta na tym całe społeczeństwo.
