Podczas moich kulinarnych wyjazdów dowiedziałem się, jak często bariera językowa może zaskakiwać, jak bardzo mili i bezinteresowni potrafią być ludzie i z jak wielką ochotą przekazują swoją wiedzę. Ostatni mój wyjazd skierowany był na Półwysep Iberyjski, a dokładniej do Hiszpanii.
REKLAMA
Mój przyszły teść, który do tego kraju jeździ zawodowo co najmniej raz na dwa tygodnie, postanowił zrobić mi niespodziankę. Jeżdżąc po Hiszpanii – od północy – Kraju Basków, przez Asturię, Galicję, Navarrę, fantastyczną z różnych względów La Rioja, Katalonię , Madryt i Walencję – jeździł i załatwiał praktyki kulinarne dla mnie. Miejsca były różne – małe, lokalne i klimatyczne restauracyjki oraz większe i te „bardziej ekskluzywne”. Generalnie, wszystko było załatwione.
Pojechałem więc w tę podróż, dziękując teściowi, który towarzyszył mi przez pierwsze 3 dni wyjazdu. Bardziej wdzięcznego towarzysza podróży nie mogłem sobie wymarzyć – wiecznie uśmiechnięty, rozmowny, pełen anegdot i historyjek na różne tematy fan tortilli de patatas (którą zamawiał o każdej porze dnia, gdzie tylko było możliwe!).
Pojechałem więc w tę podróż, dziękując teściowi, który towarzyszył mi przez pierwsze 3 dni wyjazdu. Bardziej wdzięcznego towarzysza podróży nie mogłem sobie wymarzyć – wiecznie uśmiechnięty, rozmowny, pełen anegdot i historyjek na różne tematy fan tortilli de patatas (którą zamawiał o każdej porze dnia, gdzie tylko było możliwe!).
Teść, znany ze swojego poczucia humoru, opowiedział mi też żart – będący później moim motywem przewodnim wyjazdu do kraju , w którym posługiwałem się głównie językiem angielskim:
Król Ludwik XIV zagadnął kiedyś pewnego dygnitarza na swoim dworze, czy zna język hiszpański.
- Nie, najjaśniejszy panie - odpowiedział zapytany.
- Szkoda - powiedział król.
Dygnitarz zrozumiał to "szkoda" jako możliwość wyjazdu na placówkę, pod warunkiem, że nauczy się hiszpańskiego. Zabrał się więc się z zapałem do nauki i wkrótce oznajmił monarsze, że nauczył się hiszpańskiego.
- A czy zna pan na tyle język, aby móc rozmawiać z Hiszpanami? - zapytał król.
- Tak, najjaśniejszy panie.
- Jak ja panu zazdroszczę! Może pan czytać „Don Kichota” w oryginale!
Powyższy żart, anegdota, przywodzi mi na myśl mój pobyt w Andaluzji, gdzie szef kuchni mówił po angielsku z umiejętnością dostępną chyba tylko dla Hiszpanów, a mianowicie używał połączenia hiszpańskiego i angielskiego w tzw. spanglish. Od samego początku mojej wizyty, słuchałem i co ważne obserwowałem (bowiem wiele słów, których w spanglishu nie ma spokojnie można pokazać rękami!).
W pewnej chwili Antonio, czyli właśnie ten szef, powtórzył kilkukrotnie „WINS..wins!!” (czyt. W-i-n-s, nie łins)… Przekonany byłem, że to jakieś imię, skrót od Vincent, z pewnością. Antonio podszedł do mnie po raz kolejny, zaciągając już trochę z włoska, stanął na palcach aby złapać ze mną kontakt wzrokowy (Hiszpanie wzrost niestety mają umiarkowany) i znowu krzyknął „WINS!”, tym razem gestykulując… – pokazywał jednakże ściany, więc moja konsternacja wzrastała… W końcu nie wytrzymałem i zapytałem szefa kuchni, małego acz krzepkiego specjalisty od spanglish’a – co (lub kto) to do choroby jest „WINS”??!! Antonio pokiwał ze zrezygnowaniem głową, pocmokał pod nosem i wziął do ręki fasolę.. Odetchnąłem i radośnie powiedziałem „AAAccchhh, BINS!! (ang. Beans)”… na co usłyszałem głos szefa kuchni, jakby dokładnie to mówił od początku - „WINS! Ju nou, WINS!! …Bery łel!”…
W pewnej chwili Antonio, czyli właśnie ten szef, powtórzył kilkukrotnie „WINS..wins!!” (czyt. W-i-n-s, nie łins)… Przekonany byłem, że to jakieś imię, skrót od Vincent, z pewnością. Antonio podszedł do mnie po raz kolejny, zaciągając już trochę z włoska, stanął na palcach aby złapać ze mną kontakt wzrokowy (Hiszpanie wzrost niestety mają umiarkowany) i znowu krzyknął „WINS!”, tym razem gestykulując… – pokazywał jednakże ściany, więc moja konsternacja wzrastała… W końcu nie wytrzymałem i zapytałem szefa kuchni, małego acz krzepkiego specjalisty od spanglish’a – co (lub kto) to do choroby jest „WINS”??!! Antonio pokiwał ze zrezygnowaniem głową, pocmokał pod nosem i wziął do ręki fasolę.. Odetchnąłem i radośnie powiedziałem „AAAccchhh, BINS!! (ang. Beans)”… na co usłyszałem głos szefa kuchni, jakby dokładnie to mówił od początku - „WINS! Ju nou, WINS!! …Bery łel!”…
Z tego wyjazdu wróciłem bogatszy o wielki bagaż doświadczeń, smaków, językowych i kulinarnych praktyk, z zapasami wina - rioja i sidralu (wina jabłkowego, mojego ulubionego z Kraju Basków) oraz sera z Idiazabal na najbliższe miesiące. To był dobry i owocny czas.
