Od czasu PRL-u język polski nie był tak intensywnie molestowany, jak teraz, w służbie „dobrej zmiany”. Audyt to kolejne zdeprawowane słowo, odkąd trafiło do słownika propagandy PiS. Lawina kłamstw i manipulacji, jaka wylała się 11 maja 2016 z trybuny sejmowej w ramach rozliczenia zbrodniczej koalicji PO-PSL, miała tyle wspólnego z profesjonalnym audytem, co „dobra zmiana” z dobrem Polski. W zapale gwałcenia języka nie oszczędzono nawet tak dostojnego słowa jak suwerenność, które z uwagi na swe dostojeństwo powinno być pod ochroną.
REKLAMA
Suwerenność była bohaterem kuriozalnej uchwały sejmowej z 20 maja. Co do swej mocy sprawczej był to akt porównywalny z pamiętną modlitwą sejmową o deszcz. Pominę tu dostępne w bogatej literaturze rozważania o istocie suwerenności w dzisiejszym globalnym świecie, w którym nawet największe potęgi uwikłane są w sieć współzależności. Finezyjne rozważania są tu zupełnie nie na miejscu, bo intencja tej uchwały była prosta, jak konstrukcja cepa: „wolnoć Tomku w swoim domku”! W polskim domku. Suwerenność to nic innego, jak niczym nie skrępowana swoboda w urządzaniu Polski wedle widzimisię prezesa Kaczyńskiego. Ma do tego prawo z dwóch powodów. Po pierwsze, jest prezesem wszystkich prezesów. Po drugie, on i tylko on posiadł zdolność odczytywania woli narodu, czyli suwerena. W imię tego odczytu, rząd uszczęśliwia naród, choć utrudniają mu misję rozmaite krajowe zawalidrogi, zwane Trybunałem Konstytucyjnym, niezawisłością sędziów, samorządem lokalnym, prywatnymi mediami, czy ustawowymi limitami zadłużania państwa etc. Usuwa je stopniowo ze swej drogi, a niektóre już usunął (niezależna od ministra prokuratura, korpus służby cywilnej, reguła wydatkowa, autonomia mediów publicznych).
Robota szłaby szybciej do przodu, ale o respektowanie uzgodnionych reguł upomniał się klub, do którego zapisaliśmy się z woli suwerena w roku 2004 – Unia Europejska. Zapisaliśmy się z nadzieją na korzyści i rzeczywiście je czerpiemy pełną garścią. Sama Unia jest wnioskiem z różnych nieszczęść Starego Kontynentu. Dotknęły one Polskę tak boleśnie, że powinniśmy rozumieć i cenić wartość wspólnoty europejskiej bardziej, niż inne kraje. Pielęgnowanie tej oazy pokoju i współpracy, kontrastującej z niedolą otoczenia, wydaje się oczywistym wymogiem polskiej racji stanu. Ale nie tylko sama Unia, lecz także wartości i zasady wpisane w jej traktaty wzięły się z długiej, europejskiej drogi prób i błędów. Są to reguły takiego zorganizowania państwowości i gospodarki, które warunkują poziom dobrobytu i wolności obywatelskich osiągnięty na Zachodzie. Zaś krajom, które ruszyły po roku 1989 w poszukiwaniu straconego czasu, umożliwiają zbliżenie się do standardów Zachodu. To są swoiste bezpieczniki, które powinny być egzekwowane z poziomu Brukseli, by chronić ludzi przed nadużyciami władzy i rujnowaniem ich dorobku materialnego – jeśli krajowe zapory są niewystarczające lub są łamane.
Najbardziej wulgarne pojmowanie suwerenności może oznaczać swobodę w psucia gospodarki i demokracji. Takie pojmowanie odziera dostojne słowo z jego sensu i nadaje mu sens przeciwny. Bowiem traci suwerenność kraj, który trwale lekceważy i łamie zasady dobrego gospodarowania. Jak dzisiejsza Grecja – ratowana przez zagraniczną pomoc, pod warunkiem realizowania reform dyktowanych z zagranicy. Zaś w kraju, który narusza zasady państwa prawa, suweren – czyli obywatele, tracą swoją suwerenność, pozbawieni ochrony i zdani na łaskę uzurpatora!
