Reprywatyzacja to wstydliwa pozycja w bilansie udanego dla Polski ćwierćwiecza. Także w mojej pamięci. Smakowałem prywatyzacji na ruchomych piaskach nieuregulowanych roszczeń. Dzisiejsza awantura w Warszawie, szczególnie nagłośniona i upolityczniona, jest kolejną odsłoną dramatu, który z różnym natężeniem rozgrywał się wszędzie tram, gdzie pochód Armii Czerwonej zwiastował nacjonalizację i kolektywizację. Polska po raz drugi stanęła przed potrzebą zadośćuczynienia za zabór mienia. Po roku 1918 sprawa była krystalicznie czysta - chodziło o konfiskatę majątków, dokonaną przez carską Rosję po polskich powstaniach. Szybka uchwała Sejmu z roku 1920 unieważniła konfiskatę. Dłużej, do roku 1932 trzeba było czekać na ustawowe uregulowanie procesu, który dokonywał się na drodze sądowej.

REKLAMA
Widzę pewien związek między odwetem zaborców i planem komunistów: uderzając w majątki, ostoję tradycji i narodowej pamięci, wykorzeniali z polskości. Szatański plan komunistów szedł jednak dalej. Był to plan totalitarny. Gwałcąc prawo własności, niszczył materialną bazę niezależności od państwa. Obywateli zamieniał w najmitów. Dekret Bieruta, praźródło wojny politycznej o Warszawę w roku 2016, był skromnym elementem większej całości. Bo przecież łupem PRL-u była ziemia, lasy, fabryki, drobne zakłady (piekarnie, młyny, gorzelnie, tartaki etc.), kamienice, dzieła sztuki. Zaś zmiana granic dodała nową kategorię - zabużanie.
Zemsta komunizmu zza grobu polega na tym, że wystawił słony rachunek współczesności. Rzędu 200 mld. zł., bo na tyle szacuje się wartość roszczeń. Jako tako załatał tylko problem zagranicznych właścicieli, poprzez tzw. układy indemnizacyjne. Ciężar zadośćuczynienia za PRL spadł, więc na pokolenie, które czuje się ofiarą, a nie sprawcą. Na zbankrutowany kraj, jakim była Polska roku 1989, niewypłacalny wobec wierzycieli. Z trudem znajdujący pieniądze na wypłaty dla rencistów i emerytów - rozpaczliwe wysiłki wiceministra Misiąga mocno utkwiły w mej pamięci. Mimo tego, właśnie wtedy reprywatyzacja była zrozumiała, jako akt sprawiedliwości dziejowej. Skorzystała z tego klimatu Czechosłowacja, potem Węgry, Litwa... Moja ustawa, z czerwca 1991 roku nie miała szans w Sejmie kontraktowym, bo obudziła lewicę, która dotąd udawała, że jej nie ma, całkiem spolegliwa wobec reform Balcerowicza. Drugie podejście, do którego się przyznaję, z roku 1993, oparte na ugodzie z dawnymi właścicielami, przeszło cały proces legislacyjny, ale rozwiązanie Sejmu zaprzepaściło realną szansę. Po wyborach, klimat zmienił się pod dyktando partii postkomunistycznych, wspomaganych przez Samoobronę. Jeszcze próba rządu Buzka, zawetowana przez prezydenta Kwaśniewskiego i lądujemy w dzisiejszych realiach bez-ustawowej reprywatyzacji. Z małym wyjątkiem zabużan, bo doczekali się ustawy. Teraz może uzupełnionych przez „dekretowców” z Warszawy, ale to zaledwie ułamek tej komunistycznej zemsty zza grobu. Najlepszy czas, by załatwić sprawę po swojemu, „na miarę naszych potrzeb i możliwości”, minął wraz z wstąpieniem do Unii Europejskiej...
Słowem: porażka. Co gorsza, pokłosiem dzisiejszych porachunków jest rosnąca nieufność wobec prawa własności. Jeszcze jeden zatruty owoc PRL-u. Służy wielbicielom monopolu władzy i prawdy, bo źle znoszą każdą formę niezależności - samorządowej, sędziowskiej, czy gospodarczej, sypiącej piasek w tryby „dobrej zmiany”. Jak w PRL-u...