Wędrując przez Alpy ( wolałbym Tatry, niestety zadeptane), wieczorami zaglądałem do Polski przez zagraniczne media. Informacyjny mix powodował huśtawkę nastrojów. Porażał wjazd kombajnów w Puszczę Białowieską w asyście policji. Krzepiły masowe protesty w obronie niezawisłego sądownictwa. Taki obraz dzisiejszej Polski ma zagranica. Taki powrót do przeszłości - niepewnego polskiego losu - funduje nam „dobra zmiana”…

REKLAMA
Pierwsze zwątpienie przeżyłem w połowie dekady Gierka. Naród zajęty był dorabianiem się, na miarę małego fiata i wczasów w Bułgarii. Zagubiła się pamięć Grudnia 70. Wtapialiśmy się coraz głębiej w blok sowiecki. Nie odwracały tego ani rewolty w Radomiu i Ursusie, ani narodziny opozycji demokratycznej. Zdawały się być wyjątkiem od reguły powszechnej sztuki przeżycia i wycofania w życie prywatne, w poszukiwaniu małej stabilizacji.
Ale nastał rok 1979 i wraz z wizytą Jana Pawła II wybiła godzina nadziei, która potem tylko się potęgowała. Miliony bliskich sobie rodaków, otwarcie manifestujących swe obywatelskie przebudzenie. Głód godności i wolności, który zamieniał się w otwarty sprzeciw wobec PRL-u. Najpierw w moim rodzinnym Lublinie i Świdniku, potem niezwykły i niepowtarzalny Sierpień 80 na Pomorzu. Festiwal solidarności i nadziei, jakiego nie widziała współczesna Europa. Szukano analogii – kijowski Majdan, Arabska Wiosna – ale nic nie dorównało temu zachłyśnięciu się wolnością, jakiego doświadczyła Polska.
Święto wolności zgasił stan wojenny, a w latach 80-tych wkradło się nowe zwątpienie. Jakże szybko topniały szeregi 10-milionowej „Solidarności”! W podziemiu spotykało się brodatych inteligentów-okularników, przy deficycie robociarzy. Znowu kwitła narodowa sztuka przetrwania, przy osamotnieniu ognisk oporu, zwłaszcza na prowincji. Obok piłkarzy Piechniczka, największe emocje budziły tandetne brazylijskie seriale. Bywały zrywy i zbiorowe uniesienia, choćby wizyty papieża, czy Nobel Wałęsy, ale wracała codzienność - jakby Polska pogodziła się z swym losem. Miałem takie wrażenie w czasie strajków roku 1988, kiedy Stocznia Gdańska byłą małą, oflagowaną wysepką pośród aglomeracji tętniącej normalnym życiem. Wiemy, że te strajki prowadziły do przesilenia, które w małej części było skutkiem siły protestu. Następne przystanki na drodze do wolności – Okrągły Stół, wybory 1989, rząd Mazowieckiego, reformy ustrojowe – nie miały temperatury Sierpnia, ale budowały krok po kroku pozycję Polski w świecie wolności. Zwieńczoną członkostwem w NATO i UE. Były na tej drodze znaki zapytania – kariera Tymińskiego i Leppera, głosowanie na postkomunę w roku 1993, wątła frekwencja w referendum unijnym roku 2003, ale wyróżnikiem III RP była niezwykła przedsiębiorczość Polaków i udana samorządność, czyli nadzieja.
Teraz, mocne sondaże PIS po dwóch latach dewastowania dorobku wolnej Polski, od stadniny w Janowie po sądownictwo, od służby cywilnej po samorządność, rodzą pytania, jakich nie stawiałem sobie po roku 1989. Czy 500 plus wystarczy, by wykupić zgodę Polaków na niszczenie demokracji? Czy zarządzanie strachem, ksenofobią , a nawet rasizmem udrożni drogę do Polexitu? Na te pytania odpowiadają nie tylko partyjni liderzy, media i plebania. Odpowiada suweren! Oby jeszcze raz był źródłem nadziei…