Moje pokolenie, które przeżyło Grudzień 1970, święto Solidarności, stan wojenny i narodziny suwerennej Rzeczpospolitej, doczekało się próby, która zdawała się być wspomnieniem z odległej przeszłości. Wejść do politycznej gry, na warunkach proponowanych przez drugą stronę, przy pełnej świadomości, że oszukuje? Czy wycofać się, by nie legitymizować oszusta? W latach 80-tych naszym oczywistym wyborem był bojkot. Aż do roku 1989, kiedy Solidarność zaryzykowała układy (Okrągły Stół) i biła się w wyborach, chociaż nie były to w pełni demokratyczne wybory. Po roku 1989 decyzja „iść, czy nie iść na wybory” była jedynie miarą gotowości uczestniczenia w życiu publicznym kraju.

REKLAMA
Kto mógł się spodziewać, że w roku 2020 Kaczyński znowu postawi nas wobec dylematu, który rysuje się dramatycznie, z uwagi na szczególne okoliczności? Śmiertelny koronawirus to czas ratowania ludzi i gospodarki. Tymczasem prezes PiS prze do wyborów za wszelką cenę. O ile wybory europejskie i parlamentarne roku 2019 były demokratyczne, ale nieuczciwe, z uwagi na zaangażowanie mediów publicznych po stronie kandydatów PiS, majowe wybory 2020 nie mają nic wspólnego z demokracją w rozumieniu naszej konstytucji. Jest to zauważalne w całym demokratycznym świecie.
Stawia nas to wobec dylematu, który zdefiniował Max Weber na progu XX wieku. Bojkotować w imię „etyki przekonań”, czy wejść w oszukańcza grę, w imię „etyki odpowiedzialności”. Max Weber zalecał równoważenie jednego z drugim, świadom, że czysto moralne wybory, w realiach brudnej polityki, mogą rodzić złe skutki dla dobra wspólnego. Natomiast ci, którzy nade wszystko kalkulują polityczne skutki, nie mogą ignorować przekonań, bo bez nich nie można wyznaczyć dobrego celu.
Wróćmy na polskie podwórko 2020. Wszyscy konkurenci Dudy, z wyjątkiem kandydatki Koalicji Obywatelskiej, deklarują gotowość uczestniczenia w majowych łże-wyborach. Kierują nimi różne motywy. Inne u samotnika Hołowni, inne u kandydatów, którzy dźwigają odpowiedzialność za swoje partie. Argumenty są znane – nie oddać walkowerem, nie wycofać się z pola walki. Nieobecni nie mają racji. Wybierają politykę, ale wątpię, czy liczą na wygraną. A przecież, wygrana jest istotą politycznej konkurencji, bo zwycięzca zawsze ma rację!
Małgorzata Kidawa-Błońska nie wycofuje swego kandydowania, ale nie weźmie udziału w wyborach majowych. Bo to tragifarsa, a nie wybory. Jest to wybór dokonany w imię przyzwoitości i troski o życie i zdrowie obywateli. Taki jest wybór Donalda Tuska oraz byłych prezydentów i premierów, wspartych przez liczne autorytety. Udział w wyborach legalizuje bezprawie i otwiera drogę do dyktatury w Polsce. Tyle że, ten moralny wybór dezorientuje i demobilizuje zwolenników Koalicji Obywatelskiej. Płacimy słoną cenę za odosobnioną „etykę przekonań”, co mocno odbija się w sondażowych wynikach Kidawy-Błońskiej.
Źle, że nie ma jednolitego frontu opozycji. W tym jej słabość. Poróżniona opozycja spotka się znowu przy próbie odrzucenia głosowania pocztowego. Jeśli się uda, zarysują się nowe scenariusze. Jeśli jednak wybory będą w maju, najbardziej prawdopodobne jest zwycięstwo Dudy w pierwszej rundzie i marne wyniki kontrkandydatów, przy mizernej frekwencji. Będą wtedy antybohaterami wyborczej tragifarsy, która może być gwoździem do trumny polskiej demokracji. Wtedy zagubiony elektorat Koalicji Obywatelskiej zrozumie osamotniony wybór, by tego wyborczego szwindla nie legitymizować. Zaś zwycięzcy, którzy potrafią jedynie rozdawać cudze pieniądze, zmierzą się z gospodarczymi następstwami koronawirusa.