Profesjonalnej służby cywilnej już nie ma. Spółki skarbu państwa obsiadło dziwne towarzystwo, wypełniające definicję „krewnych królika”. Czerpie z tego korzyści, odwrotnie proporcjonalne do spadającej wartości spółek. Trzeba mieć perwersyjne poczucie humoru, by nazwać nadzorcę tej degrengolady ministrem „aktywów państwowych”. Kiedyś były to aktywa, dziś są kulą u nogi polskiej gospodarki lub – jak Orlen – orężem politycznym PiS.
REKLAMA
Rządzący Polską nie powiedzieli ostatniego słowa. Szukając tego, „co by tu jeszcze spiep…ć”, dostrzegli resztki profesjonalnej dyplomacji. Zapamiętali naganę, jakiej Kaczyński udzielił ministrowi Waszczykowskiemu. Ten robił co mógł, by oczyścić resort z „nie swoich”, ale nie sprostał wymogom Kaczyńskiego. Wedle prezesa pozostało tam zbyt wiele „złogów”. Te resztki profesjonalizmu raziły brakiem politycznej dyspozycyjności. Nie mogły jednak zapobiec nieszczęsnej anty-dyplomacji, rujnującej po roku 2015 międzynarodową pozycję Polski. Strategia zagraniczna polegała na konfliktowaniu się z partnerami z Unii Europejskiej i bezwstydnie wasalskiej relacji z prezydentem Trumpem - pierwszym prezydentem USA, który źle życzył Unii Europejskiej, sprzyjał brexitowi, a NATO traktował komercyjnie, jako rynek zbytu dla amerykańskiej broni. Tracąc znaczenie w Unii, Polska przestała być wiarygodnym adwokatem europejskich aspiracji naszych sąsiadów ze wschodu. Polska PiS tak „wstaje z kolan”, jakby szukała w Europie guza. Od porażki do porażki, za to wszystkie były „honorowe”. Po zmianie warty w Waszyngtonie, w skali globalnej odosobnionym sojusznikiem pozostaje zapewne odkrycie Waszczykowskiego - daleki San Escobar. Dzieło zniszczenia międzynarodowej pozycji Polski zostało dokonane. Leninowska wskazówka, że kadry są najważniejsze, nakazuje jednak wytrzebienie do końca dyplomatycznych „złogów”.
PiS znalazł receptę. Jest to ustawa o służbie zagranicznej. Procedowana w wielkim pośpiechu. Uchyla wymogi znajomości języków obcych i wykształcenia w nominowaniu ambasadorów. Przecież „Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Powiedzonko Mikołaja Reya jak znalazł, choć zapewne nie miał na myśli zagranicznych przedstawicieli Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Otwierają się szerokie możliwości dla nowych „krewnych królika”. Szansa dla amatorów spoza korpusu zawodowych dyplomatów. Będą mogli zwiedzić kawał świata. Zanosi się na to, że będzie to robota lekka, łatwa i przyjemna, za to sowicie wynagradzana. Sznurki będzie pociągał nowy Szef Służby Zagranicznej. „Dobra zmiana” wreszcie przekroczy granice Rzeczpospolitej. Wraca stare, czyli zasada, która towarzyszyła narodzinom PRL-u: „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera…”
