W kwietniu 1991 roku ruszyła Warszawska Giełda Papierów Wartościowych. Ściślej mówiąc, odrodziła się, gdyż ma prehistorię, sięgającą początku XIX wieku. Polacy nie gęsi, więc swoją giełdę mieli już w roku 1817 – Giełdę Kupiecką w gmachu Pałacu Saskich. Dotrwała z przygodami, już jako Giełda Warszawska, do hitlerowskiego najazdu w roku 1939. PRL obywał się bez rynku kapitałowego.

REKLAMA
Nowy początek w roku 1991 układa się w barwną opowieść. Jako zadeklarowany liberał ceniłem sobie lokalne inicjatywy giełdowe, organizowane przez bliskie mi środowiska w Poznaniu, Łodzi i Krakowie. Jako minister uznałem argumenty trzech zapaleńców – Wieśka Rozłuckiego, Leszka Pagi i Grzegorza Jędrzejczaka – którzy wymarzyli sobie giełdę odpowiadającą najwyższym standardom europejskim. Narodziła się więc giełda elektroniczna, co wtedy było jeszcze rzadkością. Działo się to w błyskawicznym tempie. Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi i funduszach powierniczych Sejm przegłosował gładko 22 marca 1991roku. 12 kwietnia podpisałem z Balcerowiczem akt założycielski giełdy, a 16 kwietnia otworzyłem z Rozłuckim pierwszą sesję notowań - przy wtórze ogromnego zainteresowania, bo była to pierwsza giełda na obszarze dawnego RWPG. Dodatkowego smaku dodawało ulokowanie tej kapitalistycznej instytucji w siedzibie dawnego KC PZPR – swoisty historyczny rewanż! Inwestorzy niespecjalnie poznali smaku swoich pieniędzy, z wyjątkiem akcji Exbudu, zarządzanego przez prezesa Zarazkę w zachodnim stylu. By rozkręcić giełdę wybierałem firmy, które dobrze się kojarzyły, jak Wólczanka, Bytom, a nade wszystko Żywiec i Okocim. W promocji tych ostatnich pomagał Janusz Rewiński z Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. Akcje były rozchwytywane. Giełda nabrała rozpędu…Nie miałem jednak złudzeń, że odegra główną rolę w finansowaniu gospodarki, bo w Europie w 80-procentach dominuje kredyt bankowy, a nie rynek kapitałowy. Ale było to brakujące ogniwo instytucjonalne polskiej gospodarki rynkowej.
Przez 30-ci lat warszawska giełda miała swoje wzloty i upadki. Przeniosła się do nowoczesnej siedziby, wzbogacała ofertę i byłą otwarta na technologiczne nowinki. Niewątpliwie wyrosła na parkiet numer jeden w świecie post-komunistycznym. Był czas kiedy zasadzała się na giełdę w Wiedniu, którą otworzyła cesarzowa Maria Teresa w roku 1771. Twarzą giełdy i symbolem ciągłości był prezes Wiesław Rozłucki. Aż do roku 2006, kiedy podziękował mu PiS.
Było, minęło. Nadeszła „dobra zmiana”. Niepewność prawno-regulacyjna, awantury frakcyjne wokół obsady zarządu giełdy, fatalne traktowanie akcjonariuszy mniejszościowych w spółkach skarbu państwa, obsadzonych przez „miernych, ale wiernych”, ostateczny demontaż OFE – wszystko to tworzy niekorzystny klimat inwestycyjny. Nic dziwnego, że warszawski parkiet zaliczany był do najgorszych w świecie, zanim dopadła nas pandemia. Indeksy giełdowe kontrastowały z niezłą kondycją gospodarczą kraju. W międzyczasie Amsterdam stał się nowym centrum giełdowym UE w obrotach akcjami, ale nic nie wskazuje na to, by Warszawa cokolwiek zyskała na wyjściu londyńskiego City z obszaru Unii Europejskiej. Trudno będzie odzyskać utracone zaufanie inwestorów. Mam nadzieję, że obroni się najmłodsze i wielce obiecujące dziecko GPW – crowdfunding udziałowy.
Życzę dobrze aktualnemu prezesowi, Markowi Dietlowi, z osobistego powodu. Jest wnukiem senatora Jerzego Dietla, którego wspominam jak najlepiej z pionierskiego okresu polskich przemian.