Kto powinien ponieść odpowiedzialność i za co w sprawie afery podsłuchowej?
REKLAMA
Jesteśmy świadkami niebywałej historii. D. Tusk w czasie poniedziałkowej konferencji prasowej powiedział, że po raz pierwszy w historii po 1989 roku mamy do czynienia ze zorganizowanym z zewnątrz - w sensie rozmówców - nielegalnym podsłuchem. - To dobrze zorganizowane przestępstwo miało na celu permanentne podsłuchiwanie polityków partii rządzącej - ocenił Donald Tusk. - Ten aspekt dotyczy próby takiego zamachu stanu, zamachu na polskie państwo, czy obalenia rządu poprzez nielegalne metody - wyjaśnił premier. Jak dodał, służby podjęły już działania, aby sprawę wyjaśnić.
Co to oznacza w państwie prawa nie trzeba nikomu tłumaczyć. Zamach stanu przy użyciu podsłuchu, to jednak karkołomne zadanie ale komunikat wysłany przez premiera do wszystkich – zwłaszcza kompetentnych organów państwa – jest jasny: polskie państwo jest zagrożone. Może dojść do obalenia rządu poprzez nielegalne metody. Co więc robią kompetentne służby. Biorą słowa premiera na poważnie, ufając, że wie co mówi i zaczynają tropić przestępców groźnych dla bytu niepodległego państwa polskiego.
Co się dzieje kilkadziesiąt godzin później? ABW wkroczyła do redakcji „Wprost” i zażądała wydania nośników pamięci, na których zawarte są materiały dotyczące opublikowanych nagrań rozmów m.in. ministra spraw wewnętrznych, prezesa NBP i innych.
Na reakcję premiera nie trzeba było czekać długo. - Rzeczą najważniejszą dla mnie jest, bez naruszania wolności słowa, doprowadzenie do ujawnienia wszystkich materiałów oraz tego, kto zakładał podsłuchy i organizował akcję podsłuchiwania – powiedział szef rządu, dodając przy tym, że działania instytucji państwowych muszą brać pod uwagę wolność prasy.
O co w tym wszystkim chodzi? Czy o to – a jest to najprostsze wyjaśnienie – że D. Tusk nie wie co to zamach stanu i jeszcze w poniedziałek uważał, że nagrywanie Jego ministra i Jego prezesa (ledwo na małym rauszu), bez Jego zgody jest zamachem stanu? Niestety nie. W tej sprawie chodziło o coś zupełnie innego. Należało odwrócić uwagę od tego, co ci panowie „pieprzyli” (sorry, takie mamy słownictwo) i jak patrzą na nasze Państwo. Czy Tuskowi to się udało? Niestety tak. Co ciekawe, pomogła mu w tym prokuratura, która na serio wzięła słowa o zamachu stanu. Myślałem, że nigdy czegoś takiego – doświadczony jej wieloletnim nieuzasadnionym nękaniem mnie – nie napiszę, ani nie pomyślę, ale jednak: prokuratura zadziałała, jak organ stojący na straży praworządności i broniący państwa, podejmując działania procesowe, przewidziane obowiązującym prawem. I tu się nacięła na wspomnianą wyżej ripostę samego premiera. Co by było, gdyby prokuratura nie zadziałała tak ochoczo? Wiemy. Tusk w tym by widział słabość państwa. Prokurator Generalny znalazł się więc w pułapce bez wyjścia. Dla nas obywateli oznacza to, że w imię państwa prawa trzeba go obronić. Ma on bowiem prawo do błędu, a jeśli akcja we „Wprost” była przez niego akceptowana, to musi się z tego wytłumaczyć opinii publicznej, co mu się jeszcze nie udało. Niezależnie jednak od tego, to nie on chlapał te prymitywne teksty przy sucie zastawionym stole – on tylko wziął na poważnie słowa premiera.
Inną zupełnie sprawą jest to, czy opublikowanie nagrań z sesji Sienkiewicz/Belka i Nowak/Parafianowicz było wystarczającym powodem do akcji ABW. Tu warto odnotować słowa wiceministra sprawiedliwości (tego od wywiadów z biskupami), który powiedział, że w czasie akcji ABW w redakcji "Wprost" nie doszło do złamania przepisów, ale "zdrowego rozsądku czy też roztropności nie dekretuje się przepisami". Chyba ów urzędnik nie oglądał konferencji prasowej (tej pierwszej) swojego premiera. Jak ma bowiem wyglądać wzorzec roztropnego funkcjonariusza prokuratury bądź ABW, który szuka autorów zamachu stanu? Może zamiast zajmowania się wywiadami albo torpedowaniem Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, należało zająć się analizą wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawach ochrony dziennikarskich źródeł informacji i zaproponować zmiany w krajowym ustawodawstwie, wychodzące naprzeciw europejskim standardom. Tak należało zrobić, a nie pouczać o konieczności działania zdroworozsądkowo i roztropnie, co przyjemnie wybrzmiewa w popularnej telewizji ale jest oderwane od realiów pracy organów państwa, zwłaszcza w czasie zamachu stanu – zakomunikowanego przez premiera.
Z jakiego powodu rząd Tuska nie uwzględnił wniosków płynących z wyroków, w których Trybunał powiedział, że prawo dziennikarza do nieujawniania źródła informacji nie może być rozważane tylko jako zwykły przywilej, który może być mu odebrany lub przyznany w zależności od legalności lub nielegalności źródła, ale jest integralną częścią prawa do informacji. To akurat jest wiadome – taki kierunek zmian jest obcy tej formacji politycznej, która odpowiada za to, że Polska w skali Europy bije niechlubne rekordy inwigilacji własnych obywateli, która utrzymuje kuriozalną ilość służb śledzących nas wszystkich, która aprobuje ograniczenie wolności zgromadzeń, zaproponowane przez Prezydenta RP w powszechnie krytykowanym przez organizacje pozarządowe projekcie ustawy o zmianie Prawa o zgromadzeniach.
Skończmy więc z jałowymi dyskusjami o tym kto nagrywał, a rozmawiajmy o nieudolności i pysze nagrywanych.
Co to oznacza w państwie prawa nie trzeba nikomu tłumaczyć. Zamach stanu przy użyciu podsłuchu, to jednak karkołomne zadanie ale komunikat wysłany przez premiera do wszystkich – zwłaszcza kompetentnych organów państwa – jest jasny: polskie państwo jest zagrożone. Może dojść do obalenia rządu poprzez nielegalne metody. Co więc robią kompetentne służby. Biorą słowa premiera na poważnie, ufając, że wie co mówi i zaczynają tropić przestępców groźnych dla bytu niepodległego państwa polskiego.
Co się dzieje kilkadziesiąt godzin później? ABW wkroczyła do redakcji „Wprost” i zażądała wydania nośników pamięci, na których zawarte są materiały dotyczące opublikowanych nagrań rozmów m.in. ministra spraw wewnętrznych, prezesa NBP i innych.
Na reakcję premiera nie trzeba było czekać długo. - Rzeczą najważniejszą dla mnie jest, bez naruszania wolności słowa, doprowadzenie do ujawnienia wszystkich materiałów oraz tego, kto zakładał podsłuchy i organizował akcję podsłuchiwania – powiedział szef rządu, dodając przy tym, że działania instytucji państwowych muszą brać pod uwagę wolność prasy.
O co w tym wszystkim chodzi? Czy o to – a jest to najprostsze wyjaśnienie – że D. Tusk nie wie co to zamach stanu i jeszcze w poniedziałek uważał, że nagrywanie Jego ministra i Jego prezesa (ledwo na małym rauszu), bez Jego zgody jest zamachem stanu? Niestety nie. W tej sprawie chodziło o coś zupełnie innego. Należało odwrócić uwagę od tego, co ci panowie „pieprzyli” (sorry, takie mamy słownictwo) i jak patrzą na nasze Państwo. Czy Tuskowi to się udało? Niestety tak. Co ciekawe, pomogła mu w tym prokuratura, która na serio wzięła słowa o zamachu stanu. Myślałem, że nigdy czegoś takiego – doświadczony jej wieloletnim nieuzasadnionym nękaniem mnie – nie napiszę, ani nie pomyślę, ale jednak: prokuratura zadziałała, jak organ stojący na straży praworządności i broniący państwa, podejmując działania procesowe, przewidziane obowiązującym prawem. I tu się nacięła na wspomnianą wyżej ripostę samego premiera. Co by było, gdyby prokuratura nie zadziałała tak ochoczo? Wiemy. Tusk w tym by widział słabość państwa. Prokurator Generalny znalazł się więc w pułapce bez wyjścia. Dla nas obywateli oznacza to, że w imię państwa prawa trzeba go obronić. Ma on bowiem prawo do błędu, a jeśli akcja we „Wprost” była przez niego akceptowana, to musi się z tego wytłumaczyć opinii publicznej, co mu się jeszcze nie udało. Niezależnie jednak od tego, to nie on chlapał te prymitywne teksty przy sucie zastawionym stole – on tylko wziął na poważnie słowa premiera.
Inną zupełnie sprawą jest to, czy opublikowanie nagrań z sesji Sienkiewicz/Belka i Nowak/Parafianowicz było wystarczającym powodem do akcji ABW. Tu warto odnotować słowa wiceministra sprawiedliwości (tego od wywiadów z biskupami), który powiedział, że w czasie akcji ABW w redakcji "Wprost" nie doszło do złamania przepisów, ale "zdrowego rozsądku czy też roztropności nie dekretuje się przepisami". Chyba ów urzędnik nie oglądał konferencji prasowej (tej pierwszej) swojego premiera. Jak ma bowiem wyglądać wzorzec roztropnego funkcjonariusza prokuratury bądź ABW, który szuka autorów zamachu stanu? Może zamiast zajmowania się wywiadami albo torpedowaniem Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, należało zająć się analizą wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawach ochrony dziennikarskich źródeł informacji i zaproponować zmiany w krajowym ustawodawstwie, wychodzące naprzeciw europejskim standardom. Tak należało zrobić, a nie pouczać o konieczności działania zdroworozsądkowo i roztropnie, co przyjemnie wybrzmiewa w popularnej telewizji ale jest oderwane od realiów pracy organów państwa, zwłaszcza w czasie zamachu stanu – zakomunikowanego przez premiera.
Z jakiego powodu rząd Tuska nie uwzględnił wniosków płynących z wyroków, w których Trybunał powiedział, że prawo dziennikarza do nieujawniania źródła informacji nie może być rozważane tylko jako zwykły przywilej, który może być mu odebrany lub przyznany w zależności od legalności lub nielegalności źródła, ale jest integralną częścią prawa do informacji. To akurat jest wiadome – taki kierunek zmian jest obcy tej formacji politycznej, która odpowiada za to, że Polska w skali Europy bije niechlubne rekordy inwigilacji własnych obywateli, która utrzymuje kuriozalną ilość służb śledzących nas wszystkich, która aprobuje ograniczenie wolności zgromadzeń, zaproponowane przez Prezydenta RP w powszechnie krytykowanym przez organizacje pozarządowe projekcie ustawy o zmianie Prawa o zgromadzeniach.
Skończmy więc z jałowymi dyskusjami o tym kto nagrywał, a rozmawiajmy o nieudolności i pysze nagrywanych.
