To druga co do wielkości miejscowość na terenie Grenlandii - liczy sobie ok. 5 tys. mieszkańców.

REKLAMA
Nie można się do niej dostać inaczej, niż morzem lub samolotem. Dróg dojazdowych tu nie ma, tak jak do wszystkich innych miejscowości, ktore nie mają połączenia między sobą.
Miasto jest bajecznie kolorowe. Żółto-niebiesko-czerwone domy robią wrażenie, wręcz jakby z kosmosu. Kiedyś była to osada wielorybnicza i wciąż można zobaczyć tu walenie.
30-stopniowe upały nie pozwalają na żadne długie wycieczki w góry, pływamy łódkami i trudno uwierzyć, że woda ma tylko plus 2°C .
Odwiedziliśmy byłą wioskę miejscowej ludności. Najpierw tych ludzi ściagnięto z gór do jednego miejsca, bo zbudowano im domy i przystań rybacką wraz z małą suszarnią, a potem przeniesiono ich do jednego miasta, do Sisimiut właśnie i tam wpakowano do mieszkań komunalnych oraz posadzono przed telewizorami. Młode pokolenia już jakoś łapią kontakt z tym światem Danii, ale starsze po prostu piją.
W mieście jest ultranowoczesna fabryka krewetek. Udało się ją nam zwiedzić. Przy taśmie pracuje zaledwie po klika osób - mniej więcej 3 - choć przerabia się w niej tysiące ton na godzinę.
Zdumiewające jest, że wszystkie owoce morza oraz ryby są tu niehodowlane i to jest chyba jedyne takie miejsce na świecie.
Zdjęcie z supermarketu z Sisimiut na Grenlandii.
Jak widać, nawet tu sprawy równościowe mają się lepiej niż w naszym kraju.
logo