O tym, że kolej jest niedoinwestowana wiedzą niemal wszyscy, a zwłaszcza politycy, którzy nigdy nie traktowali jej potrzeb poważnie. Ale nikłe inwestycje w kolejową technikę jeden problem, drugi – chyba nawet poważniejszy – to systematyczny upadek etosu pracy kolejarza.
REKLAMA
Praca na kolei zawsze była służbą, misją, a kolejarski mundur zobowiązywał do solidności, sumienności i nadzwyczajnej dbałości o bezpieczeństwo podróżnych. Dziś to robota jak każda inna. Źle wynagradzana, w smutnym i będącym pod stałą presją środowisku, nie sprzyjająca budowaniu pozytywnych związków pracownika z własną firmą. Kolej spsiała.
Każdy kto widział kolejowe zaplecza wie, jaki mają standard. Maszyny i meble z lat 70., rozpadające się kilkunastoletnie komputery, szafki socjalne, które pamiętają wczesnego Gomułkę, prysznice, których brak, pokoje drużyn konduktorskich, do których strach wejść. Jak może czuć kolejarski etos dyżurny ruchu ze stacji na Żywiecczyźnie – opisany niedawno na łamach „Rynku Kolejowego” – którego prezes PKP zastał ubranego w krótkie spodenki, podkoszulek Adidasa i klapki na nogach? Jak może myśleć o znaczeniu swojej służby człowiek, któremu płaci się najniższą krajową pensję i który dawno już przestał być dumny z miejsca pracy? Nawet prezesi spółek kolejowych chętniej dziś mówią o sobie „menedżer kolei” niż „kolejarz”, bo to drugie stało się synonimem mentalności, a nie wysokiej pozycji zawodowej.
Kolej nie rozwija umiejętności swoich pracowników, a tym samym – nie szanuje ich. Nie organizuje się zagranicznych staży, mało inwestuje się w szkolenia rozwijające umiejętności zawodowe, ścieżki awansu zastrzeżone są tylko dla „swoich” i pokornych, brakuje specjalistów od HR i planowania rozwoju personelu, nie ma napływu nowych kadr, bo zarządy rozumieją pojęcie restrukturyzacji głównie jako proces zwolnień pracowniczych, a nie przekształceń struktury, którą zarządzają. Wytworzyła się gigantyczna luka pokoleniowa, kolej starzeje się w ogromnym tempie, nie ma szkolnictwa zawodowego, spada jakość kadr i kolejowej specjalizacji. Niskie zarobki nie motywują, przerosty zatrudnienia w grupie biurokratów są wprost proporcjonalne do ogromnych ubytków personelu wśród pracowników liniowych. Brakuje systemów motywacyjnych i premii za osiągane efekty. Nawet odznaczenia przyznaje się głównie tym, których znają lub wskazują prezesi…
Nie wiem kto bezpośrednio winny jest katastrofie pod Szczekocinami, ale prawdziwą odpowiedzialność ponoszą ludzie, którzy tak funkcjonujący system zarządzania koleją tolerują i nie robią nic lub zbyt mało, by go zmieniać. Dlatego wzywam ministra transportu do zdymisjonowania w trybie pilnym:
Każdy kto widział kolejowe zaplecza wie, jaki mają standard. Maszyny i meble z lat 70., rozpadające się kilkunastoletnie komputery, szafki socjalne, które pamiętają wczesnego Gomułkę, prysznice, których brak, pokoje drużyn konduktorskich, do których strach wejść. Jak może czuć kolejarski etos dyżurny ruchu ze stacji na Żywiecczyźnie – opisany niedawno na łamach „Rynku Kolejowego” – którego prezes PKP zastał ubranego w krótkie spodenki, podkoszulek Adidasa i klapki na nogach? Jak może myśleć o znaczeniu swojej służby człowiek, któremu płaci się najniższą krajową pensję i który dawno już przestał być dumny z miejsca pracy? Nawet prezesi spółek kolejowych chętniej dziś mówią o sobie „menedżer kolei” niż „kolejarz”, bo to drugie stało się synonimem mentalności, a nie wysokiej pozycji zawodowej.
Kolej nie rozwija umiejętności swoich pracowników, a tym samym – nie szanuje ich. Nie organizuje się zagranicznych staży, mało inwestuje się w szkolenia rozwijające umiejętności zawodowe, ścieżki awansu zastrzeżone są tylko dla „swoich” i pokornych, brakuje specjalistów od HR i planowania rozwoju personelu, nie ma napływu nowych kadr, bo zarządy rozumieją pojęcie restrukturyzacji głównie jako proces zwolnień pracowniczych, a nie przekształceń struktury, którą zarządzają. Wytworzyła się gigantyczna luka pokoleniowa, kolej starzeje się w ogromnym tempie, nie ma szkolnictwa zawodowego, spada jakość kadr i kolejowej specjalizacji. Niskie zarobki nie motywują, przerosty zatrudnienia w grupie biurokratów są wprost proporcjonalne do ogromnych ubytków personelu wśród pracowników liniowych. Brakuje systemów motywacyjnych i premii za osiągane efekty. Nawet odznaczenia przyznaje się głównie tym, których znają lub wskazują prezesi…
Nie wiem kto bezpośrednio winny jest katastrofie pod Szczekocinami, ale prawdziwą odpowiedzialność ponoszą ludzie, którzy tak funkcjonujący system zarządzania koleją tolerują i nie robią nic lub zbyt mało, by go zmieniać. Dlatego wzywam ministra transportu do zdymisjonowania w trybie pilnym:
a. zarządu spółki PKP Polskie Linie Kolejowe SA – jako organu, który musi wziąć na siebie odpowiedzialność za stan funkcjonowania podległej im infrastruktury
b. zarządu PKP SA odpowiedzialnego za nadzór właścicielski nad spółkami kolejowymi
c. kierownictwa Departamentu Kolejnictwa w Ministerstwie Transportu za niedostateczny stan nadzoru właścicielskiego nad działalnością spółki PKP PLK SA
