REKLAMA
Jan Paweł Wielki…
Rocznica wyboru kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, to szczególna okazja do wielowątkowych rozważań na temat pontyfikatu papieża Polaka.
Pragnę jednak skoncentrować się niemal wyłącznie na osobistych doznaniach, których istota siłą rzeczy musi mieć wielce subiektywny charakter.
W tamten październikowy wieczór, nie byłem chyba dostatecznie gotowy, by móc właściwie ocenić doniosłość woli kardynalskiego konklawe.
Ale na zawsze zapamiętałem miejsce, w którym dotarła do mnie ta wiadomość i ludzi ( wiadomość dotarła do nas uczniów III klasy Technikum Elektrycznego z Zespołu Szkół Elektryczno-Mechanicznych w Piasecznie na lekcji religii w Starej Plebanii obok Kościoła Świętej Anny- dzisiaj siedziby Muzeum Regionalnego ) , z którymi mogłem dzielić wrażenia sensacyjnego zdarzenia.
Wyjątkowość następujących po sobie dni, dała o sobie znać ze szczególną mocą 22 października podczas uroczystości inauguracji pontyfikatu na placu św. Piotra. Na zawsze utkwił mi w pamięci moment, kiedy Jan Paweł II podnosi z kolan kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Przez dobrych kilka chwil, dwóch najwybitniejszych synów polskiego Kościoła, trwa w synowsko – ojcowskim uścisku, co wiele lat później znalazło swój wyraz w artystycznej wizji jednego z piękniejszych pomników.
Pierwsza pielgrzymka do Polski, pamiętne słowa na ówczesnym placu Zwycięstwa, to pasmo nieustających wzruszeń i rodzącego się przeświadczenia, że dane jest mi być świadkiem historycznego marszu wydarzeń.
Nie ukrywam, że ewidentny dziś, z perspektywy trzech dziesięcioleci, związek przyczynowo skutkowy procesu zdarzeń, któremu impuls przydało słynne przyzywanie Ducha Świętego do dzieła odnowy oblicza „Tej ziemi”, dotarł do mnie nieco później.
Latem 1980, byłem świadom tego, że portret Jana Pawła II na bramie nr dwa w Stoczni Gdańskiej, to coś więcej niż manifestacja wiary strajkujących stoczniowców. Na całe życie pozostaną mi w pamięci pełne niekontrolowanych emocji słowa redaktora Andrzeja Turskiego, które pobiegły w eter 13. maja 1981 roku. W obiegowym twierdzeniu, że świat wstrzymał oddech na wieść o zamachu na papieża, nie ma krzty przesady.
Było to uczucie zagrożenia pewnej oczywistości, do której zdążyłem się przyzwyczaić i na swój sposób przywiązać. Że w południe każdej niedzieli, w oknie apartamentu papieskiego ukaże się uśmiechnięte oblicze polskiego papieża.
Potem, przez wiele lat, wsłuchiwałem się w Jego homilie, w których pobrzmiewały nauki i napomnienia. Tak jak na warszawskiej Agrykoli w 1991 roku, kiedy mówiąc do nieprzeliczalnej rzeszy słuchaczy, zdawał się przemawiać do każdego z nas z osobna. Byłem prawdziwie dumny.
I bywałem też autentyczne zdumiony. W szczególności tym, że Ojciec Święty w swych kazaniach mówił wprost o naszych zaniedbaniach, o postawach moralnych, które nie przystają do katolickich kanonów wiary.
Zwracał nam uwagę na życiowe wybory, które noszą znamiona relatywizmu w imię doraźnego wygodnictwa i płytkiej wiary. A ludzie, te słowa przyjmowali burzą oklasków. W Polsce i na wszystkich kontynentach świata.
Ćwierćwiecze swej nieustannej katechezy zwieńczył w sposób, który wzruszył miliony. Wraz z umierającym papieżem, każdy na swój sposób oswajał cierpienie i odchodzenie. Była to wyjątkowo wzruszająca lekcja pokory wobec nieuniknionej kolei ziemskiego żywota.
Było to wielkie odchodzenie człowieka wiary, który będąc papieżem, pozostał równym nam wszystkim wobec bólu cierpienia i śmierci, których osobisty wymiar podarował w geście ostatniego urbi et orbi…