Spekulacje na temat objęcia przez Donalda Tuska funkcji Przewodniczącego Komisji Europejskiej lub Rady Europejskiej, a Radosława Sikorskiego funkcji Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej i Wysokiego Przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa przypominają mi jako żywo doniesienia o transferze Roberta Lewandowskiego.

REKLAMA
We wszystkich przypadkach mamy bez wątpienia z utalentowanymi, wartościowymi „zawodnikami”, którzy wzmocniliby swoje przyszłe kluby, jest też faktyczne zainteresowanie potencjalnych „nabywców”. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że taki transfer byłby korzystny nie tylko z finansowego punktu widzenia, ale także przyczyniłby się do dalszego podniesienia ich wartości na politycznym rynku pracy, nie tylko zagranicznym, ale i krajowym, (choć to w odniesieniu do Roberta Lewandowskiego perspektywa najmniej zachęcająca). Kilka udanych lat na Europejskim stanowisku torowałoby drogę do Belwederu.
We wszystkich trzech przypadkach brak jednak stanowiska zainteresowanych. Jak w tym powiedzeniu „chciałabym, ale się boję”. Lewandowskiego jeszcze przez rok może nie puścić Borussia Dortmund. Tuska trzyma kadencja krajowa i polityczna sytuacja w partii i w kraju. Sikorskiego nie tylko kadencja krajowa, ale dodatkowo manager klubu, który może go puścić lub nie w zależności od własnych planów politycznych.
Wszyscy maja realne szanse, choć w przypadku naszych polityków, są to szanse wykluczające. Albo jeden, albo drugi. Pozytywny wizerunek premiera Donalda Tuska w środowisku europejskich ludowców wynika z przyzwoitych rezultatów w pierwszym etapie kryzysu, a także z niekonfrontacyjnej postawy prezentowanej na unijnym forum. Miły i niekontrowersyjny partner, cieszący się nieukrywana sympatią Pani Domu. Ale czy poparcie swojego bloku partyjnego będzie po europejskich wyborach wystarczające? Czy Tusk jest politykiem zdolnym uzyskać poparcie Brytyjczyków, czy Francuzów? Tusk zostawiający swoja partię, która przynajmniej na dziś, bez niego skazana byłaby na porażkę w krajowych wyborach w 2015 roku, miałby słabą pozycję na forum międzynarodowym. Nie mówię już o tym jak trudną kohabitację miałby przyszły rząd polski z szefem Komisji Europejskiej (wybór na Przewodniczącego Rady Europejskiej, który jednocześnie pełni obowiązki przewodniczącego Eurogrupy wydaje się niemożliwy), gdyby PO przegrała wybory krajowe.
Profesjonalne kwalifikacje Radka Sikorskiego na stanowisko szefa dyplomacji unijnej są niekwestionowane. Zdolność komunikowania się (nie tylko w formule small talk, jak u premiera), ale także w czasie rozmów i negocjacji, swoboda kontaktowania się tekstowego i osobistego ze środkami przekazu (prasa, telewizja, portale społecznościowe), prezentacje w światowych think tank’ach oraz co jest bardzo ważne rozbudowana sieć zagranicznych kontaktów politycznych i osobistych predestynują go do tej funkcji jak mało kogo w Europie.
Powstaje pytanie, a gdyby stanowiska Przewodniczącego Komisji lubi Rady nie objął D. Tusk, a funkcja szefa unijnej dyplomacji z partyjnego rozdzielnika miała przypaść grupie unijnych socjaldemokratów to co? Czy powinniśmy spasować, czy tez mieć zapasowego kandydata? Każdy dobry selekcjoner dba o ławkę rezerwową. Do gry na lewym skrzydle mogliby siedzieć na tej ławce tacy doświadczeni i dobrzy gracze jak choćby Aleksander Kwaśniewski, czy Włodzimierz Cimoszewicz. Tylko pytanie, czy selekcjoner tej socjaldemokratycznej drużyny chciałby ich tam posadzić i w odpowiedniej chwili wpuścić na boisko.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?