
Tytuł ma kolosalne znaczenie. „Islamofobia po polsku” opublikowana w Onecie, miałaby zupełnie inny wydźwięk, gdyby zatytułowano tekst np. „Dyskryminacja po islamsku”, bez zmieniania treści wywiadu.
REKLAMA
Wywiad z Czeczenką, która „toczy walkę o normalne życie i pracę” to w sporej części narzekanie, że jako muzułmanka ma problem ze znalezieniem pracy w naszym kraju z powodu hidżabu, chusty zakrywającej głowę. I bardzo dobrze, że ten temat zawczasu jest podejmowany.
Chusta, którą ta kobieta nosi na głowie, to symbol tego, że jest muzułmanką „więc musi robić to, co mówi Allah”. A poza pokazywaniem włosów, Allah zakazuje jej też dotykania mężczyzn, a chciałaby zostać wizażystką. I nie mogłaby pracować w filmie, choć praca ta ją fascynuje - bo jak dokleić aktorowi brodę bez dotykania?
Allah każe jej się także modlić, pięć razy dziennie. Obojętnie gdzie, także w pracy.
Wszystko, czego potrzebuje, jest w religii, „stara się robić to, co każe Bóg”. Allah każe też słuchać męża: „Jeśli mój mąż nie pozwoliłby mi na taką pracę, musiałabym się z tym pogodzić i uszanować jego decyzję”. A mąż musi być muzułmaninem. Allah nie pozwoli, żeby muzułmanka za jakiegoś, za przeproszeniem, nie-muzułmanina wyszła.
Kto jest winny? Polski pracodawca-islamofob, który chce, żeby jego pracownicy obsługiwali zarówno klientki jak i klientów. Islamofob, któremu nie w głowie, żeby to mąż decydował o umowie o pracę, którą pracodawca zawarł z pracownicą. Islamofob, który wolałby utrzymywać neutralny wizerunek religijny wobec swoich klientów.
A Allah? No cóż, Ten ma swoje wymagania. I nawet jeżeli są dyskryminacją płci kobiecej, jeżeli są nastawione na ekspansję, na zawłaszczanie przestrzeni publicznej, na zakazy dotyczące małżeństw mieszanych przypominające apartheid - to w końcu jest to przecież religia.
