Wystawianie śmieci na klatkę schodową - to zachowanie bardzo nas wkurza.
Wystawianie śmieci na klatkę schodową - to zachowanie bardzo nas wkurza. fot. Jarek Zuzga

Na fejsbukowym profilu Okna na Warszawę zadaliśmy niedawno pytanie, jakie obyczaje najbardziej denerwują nas - mieszkańców stolicy. Czyli - żeby nie być hipokrytami - co nas wkurza w nas samych. Odpowiedzi było sporo, warto przyjrzeć się tym najpopularniejszym. Dobrze mieć świadomość, że czasem drobna zmiana w naszym zachowaniu może umilić życie wszystkim wokoło.

REKLAMA
1. Jedzenie w komunikacji miejskiej
Problem zdaje się dość poważny. W autobusach jemy, i to przede wszystkim potrawy mocno aromatyczne - kebaby, burgery (choć jedna z komentujących osób wspomniała, że widziała pasażera jedzącego makaron z garnka). W ciepły dzień, przy "oszczędnie" działającej klimatyzacji, w połączeniu z zapachem potu, papierosów i zestawu perfum godnego dużego supermarketu, jedzący współprasażer może nas zmusić do szybkiej ucieczki na najbliższym przystanku. Nie mówiąc o ryzyku poplamienia sosem barbecue w przypadku gwałtownego hamowania. Niestety - regulamin ZTM nie zabrania jedzenia w środkach komunikacji, chyba że "może to spowodować zabrudzenie pozostałych pasażerów, zanieczyszczenie pojazdu".
2. Ostatni mach przed wejściem do tramwaju
Równie denerwujący jest obyczaj osób palących, które przed wejściem do pojazdu zaciągają się papierosem, żeby wypuścić dym już w środku. Wzięło się to chyba z czasów, gdy każdy papieros był na wagę złota, i po prostu trzeba było go maksymalnie do końca wypalić. Mistrzowie potrafili jeszcze "zahartować" papierosa o karoserię autobusu, żeby dopalić go po wyjściu, bo przecież szkoda. Jak to wpływa na spektrum zapachów wewnątrz pojazdu - wiadomo.
3. Emeryci w godzinach szczytu
Punkt kontrowersyjny, bo zahacza o dyskryminację. Drażni nas, że w godzinach szczytu, gdy w tramwajach największy tłok, starsze osoby chętnie wybierają się po zakupy na bazary czy do hal targowych. To te słynne "babcie z siatami". Ci, którzy śpieszą się do pracy, sugerują, że przecież sprawunki można zrobić spokojnie, bez tłoku, ciut później, np. w południe. Cóż - żyjemy w kraju wolnym, nie można mówić nikomu, kiedy ma chodzić do sklepu, a z kolei starsze osoby często wstają o świcie. Problem prawdopodobnie nierozwiązywalny.
4. Okupowanie drzwi w autobusach
Z jakiegoś powodu niektórzy pasażerowie wolą stać w autobusie przy drzwiach (jak byłem dzieckiem, musiałem stać koło kierowcy, ale to miało chyba inną przyczynę). W każdym razie często dochodzi do paradoksów, że przy wejściu tłoczymy się jak sardynki w puszce, a w środku można byłoby rozłożyć leżak. Obyczaj stary jak komunikacja miejska. W niektórych krajach rozwiązano to tak, że wchodzi się tylko pierwszymi drzwiami, a pozostałe są do wysiadania.
5. Stanie po lewej stronie na ruchomych schodach
Pozostając przy problemach w komunikacji miejskiej - owo blokowanie schodów wyjątkowo drażni użytkowników metra. To pewnie dlatego, że przez długie lata jedyne schody ruchome, jakie mieliśmy w Warszawie, to te przy trasie WZ, więc mamy małą wprawę w użytkowaniu tychże. I choć Wojciech Młynarski już dawno śpiewał "Stoimy z prawej, przechodzimy z lewej", to jakoś widać nie przyzwyczailiśmy się jeszcze. A przestrzeganie tej zasady bardzo ułatwia życie wszystkim śpieszącym się, których przecież w stolicy pełno.
6. Wystawianie śmieci na korytarz
Obyczaj, który jest stosunkowo nowy. Gdy zbierze się worek śmieci, a my już jesteśmy w piżamie i nie chce nam się zbiegać do altanki śmieciowej, wystawiamy je na własną wycieraczkę, pod drzwi, na klatkę schodową. Bo "rano się wyrzuci". To brzydki zwyczaj, coś jak podrzucanie śmieci innym. Warto pamiętać, że klatka schodowa to część wspólna, i nasze pudełka po mleku czy zużyte dziecięce pieluchy mogą naprawdę wkurzyć sąsiadów.
7. Rowery, wózki, buty
Pokrewnym zwyczajem jest zostawianie na klatkach schodowych butów, rowerów czy wózków dziecięcych. Zjawisko obecne na nowych osiedlach, gdzie na ogół piwnice czy komórki lokatorskie są towarem luksusowym i czasem zbyt drogim (zwłaszcza po zaciągnięciu kredytu na mieszkanie), a balkon wolimy przeznaczyć na kwiatki i fotele ogrodowe. Wtedy rowery i wózki lądują na korytarzu, bo i gdzie? Z kolei w starszych osiedlach, zwłaszcza w tzw. blokach-korytarzowcach, gdzie mieszkańcy często powygradzali sobie za pomocą krat kawałek wspólnej przestrzeni, zjawisko to osiągnęło apogeum. Prócz rowerów stoją tam całe regały pełne słoików, butów i innych dóbr, których szkoda wyrzucać. To z kolei zapewne konsekwencja wielkości naszych peerelowskich M3, w których zawsze było za ciasno. Warto tu dodać, że na ogół przepisy wspólnot mieszkaniowych czy spółdzielni zabraniają zastawiania korytarzy i klatek schodowych przedmiotami, zapewne ze względów pożarowych, choć może i też estetycznych.
8. Remonty, wiercenie, koszenie, w niedzielę
Pozostańmy przy mieszkaniach. Nic tak nie wkurza, jak sąsiad wiercący dziury w ścianach w niedzielę. Albo koszenie trawników o 5 rano. Pamiętacie "Dzień świra"? W filmie tym zjawisko zostało dobrze pokazane. Problem stary jak świat, moim zdaniem nieusuwalny. Bardzo odczuwalny na nowych osiedlach, gdzie przez pierwsze 2-3 lata od wybudowania, każdy coś bez przerwy wierci i przestawia.
9. Muzyka z okna
Na wielkich blokowiskach znany jest do dziś zwyczaj wystawiania na parapet głośników i puszczania muzyki, zwłaszcza w ciepłe, słoneczne i wolne od pracy dni. Zwyczaj wziął się chyba z czasów, gdy w ten sposób wspólnie słuchało się radia na podwórku, bo w kamienicy był tylko jeden odbiornik. Potem ewoluował do wspólnego słuchania muzyki, gdy siedziało się z kumplami przy piwku na osiedlowej ławce. Pamiętam, że w dzieciństwie nazywaliśmy to zjawisko "niedzielą na wsi" i już wtedy (lata 80. XX w.) mocno się z tym walczyło.
10. Wywieszanie prania w widocznych miejscach
Nie lubimy też prania, które wisi na balkonach, zwłaszcza, jak jest zewsząd widoczne. Mówiąc krótko - nie chcemy patrzeć na wietrzące się cudze gacie. Kiedyś w blokach były tzw. suszarnie, ale dziś na ogół są poprzerabiane na mieszkania. Swoją drogą - są miasta, którym wiszące wszędzie sznury z ubraniami dodają uroku, np. Lizbona. Ale w Warszawie to jakoś nie pasuje.
logo
Wiszące pranie jest wszechobecne na lizbońskich ulicach, i wcale nie odejmuje miastu uroku. fot. Jarek Zuzga

11. Rowerzyści na chodnikach
Zwyczaj jeżdżenia rowerami po chodnikach wziął się jeszcze z peerelu, bo wtedy w Warszawie w ogóle nie było ścieżek rowerowych. Pamiętam z dzieciństwa - wszyscy jeździliśmy chodnikami. Na ulicach były same dziury i wielkie śmierdzące Star-y, także pozostawał chodnik i to było normalne, że tam się jeździło. Ale też rowery nie były tak popularne jak dziś, i ludzi na chodnikach było jednak mniej. Teraz to spory kłopot. Rowery są modne, mamy Veturilo, a ścieżek rowerowych wciąż za mało. Piesi na chodnikach boją się rowerzystów, rowerzyści boją się samochodów na ulicy i tak w kółko. Rozwiązanie - oczywiście ścieżki. Wszędzie tam, gdzie są ulice.
12. I piesi na ścieżkach rowerowych
Ale żeby nie było tylko na cyklistów - ci ostatni z kolei cierpią przez spacerowiczów, którzy lubią przechadzać się ścieżkami rowerowymi. Widuję do zjawisko bardzo często. Może to dlatego, że ścieżki rowerowe są na ogół nowe, ładne, równe i wprost zachęcają, żeby na nie wejść. Zwłaszcza, gdy chodnik obok to mozaika z popękanych płyt. Jakoś tam się pewnie rowerzyści z pieszymi w końcu dogadają, ale zajmie to parę lat jeszcze, póki co - nerwy są po obu stronach.
13. Kategoryzacja mieszkańców
Okazuje się, że drażnią nas podziały, szczególnie te, które pojawiły się w ostatnich latach, a podtrzymywane są skutecznie przez media (czyli też przeze mnie, muszę to przyznać): hipsterzy, lemingi, słoiki, lokalsi... Nie lubimy tego. I dobrze, mnie osobiście też drażnią te kategorie. Kupiłem sobie czerwone trampki, a teraz wstydzę się w nich chodzić, bo ponoć są hipsterskie, a ja po prostu lubię czerwony kolor. Chodzę, ale się wstydzę. Toż to bez sensu zupełnie.
***
Zdaję sobie sprawę, że powyższy tekst omawia tylko część z tych zachowań, które chętnie wyeliminowalibyśmy, żeby w mieście żyło się lepiej. I że nie są one charakterystyczne tylko dla Warszawy, dotyczą zapewne większości dużych miast. Dlatego chętnie posłucham też Waszych głosów, co Was drażni - w nas samych przecież.