Technologia odważnie weszła w świat najmniejszych dzieci. Aplikacje polują już nawet na 2-latki, oferując prostą rozrywkę na telefonie rodzica. Dwulatka spokojnie można usadzić także przed komputerem. Biznes niezły, zwłaszcza, jak sprzedajemy gry edukacyjne. A czy naprawdę to jest dobre?

REKLAMA
Kiedyś taką samą rolę spełniał telewizor. Dziecko hipnotyzowało się przed ekranem i próbowało nadążyć za migającymi kolorami, emocjami bohaterów i tym dziwnym światem mieszczącym się w pudełku. Z dzieckiem można było zrobić wszystko. Przebrać, nakarmić, zostawić – teoretycznie rewelacja.
Teraz korzystamy z dóbr technologii. Telefony pozwalają przetrwać z dzieckiem długą podróż, czy kolejki w przychodni, a do tego dochodzi to cudowne alibi, jakie dają gry edukacyjne. Telewizji towarzyszyło poczucie winy rodzica, że zapycha dziecko. Teraz może powiedzieć, że dba o jego rozwój, bo dziecko ma gry edukacyjne.
Jak to jest z tymi grami? Cóż, na pewno są lep...pardon...mniej gorsze od telewizji. Bo są interaktywne, czyli dziecko nie tylko przyjmuje bodźce, ale też na nie aktywnie reaguje, czasem korzystając z różnych umiejętności poznawczych. Tak, to jest zdecydowanie atut gier dla małych dzieci. Oczywiście tak samo można powiedzieć, że atutem skoku z 20-tego piętra jest to interesujące poczucie, że się leci, no i w kontekście gorących dni – orzeźwiający wiatr na twarzy.
Są jednak minusy, dokładnie te same, które mają miejsce przy telewizji. Najpierw walimy po oczach. Dzieciaki ciągle kształtują swój wzrok, orientację przestrzenną, szybkość odbierania bodźców, kolory. To wszystko się dopiero kształtuje i płaski ekran z dużą ilością bodźców jest trudny do ogarnięcia i wymaga mnóstwo wysiłku, a i tak nie gwarantuje zrozumienia.
Potem przejdźmy do potrzeb rozwojowych. Dziecko w tym czasie ogarnia swoje ciało. Nie palec do smartphone'a (w razie jakby ktoś chciałby zwrócić uwagę na rozwój małej motoryki...), tylko całe ciało. W tym czasie powinno się ruszać całe, całymi rączkami i nóżkami. Zabawy, w których bierze udział, powinny je angażować w całości. Ono uczy się w tym czasie poruszania w przestrzeni, więc niech się w niej przemieszcza, między dużymi i małymi przedmiotami. Wreszcie umie chodzić! Więc niech korzysta.
Nawet kiedy jest przywiązane pasami na parę godzin w samochodzie – ono nadal poznaje świat. Przede wszystkim to co widzi za oknem jest barwne i różnorodne. To co dostanie w dłonie też może być ciekawe. Nie trzeba dziecka „chować do telefonu”.
Dziecko w wieku około dwóch lat uczy się też interakcji ze światem (choć jeszcze mocniej zacznie się to dziać w wieku przedszkolnym). Są to relacje z ludźmi, pierwsze rozmowy, uczenie się wyrażania potrzeb nie przez płacz, ale rozwijającą się komunikację. I nie chodzi tu o to, żeby palcem pogłaskać jakiegoś kangura w telefonie. „Gry edukacyjne” nadal są jedynie karykaturą interakcji.
Elektroniczny świat jest bardzo bogaty w bodźce, więc potrafi wchłonąć. Tyle się tam może dziać, tyle jest do obserwowania i zdziałania. Rewelacja, tylko szkoda, że potem ten normalny świat jest taki wolny, taki nieciekawy. Człowiek się przyzwyczaja do tempa telewizji i komputera, a im człowiek mniejszy, tym szybciej się uzależnia (bo zna dużo mniej alternatyw).
Oczywiście, dzięki tej zdolności wchłonięcia człowieka, potrafi zagłuszyć inne potrzeby. Ba, sami zapytajcie fanów Diablo 3, jak długo potrafią wytrzymywać przy komputerze mimo chęci pójścia do toalety, bo bardziej ich wciąga to, co jest za drzwiami w grze. Dziecko też nie chce uronić ani chwili komputerowej rozrywki, więc zahipnotyzowane zagłuszy swoje inne potrzeby i nawet nie kwęknie, że jest mu z czymś źle. Czy to zaleta? No to już pytanie do rodziców.
Oczywiście, poza tym, gry edukacyjne stymulują częściowo rozwój poznawczy i motorykę palca wskazującego.
P.S.: Chciałbym mocno zaznaczyć, że rozumiem rodziców, którzy za pomocą „pomagierów” czasem muszą rozwiązywać różne sytuacje i w celu uniknięcia eksplozji rodzica może być to ratunkiem. Niemniej nie nazywajmy tutaj niczego „fantastycznym wsparciem rozwoju dziecka” - tylko nazwijmy wymuszonym wyborem bądź mniejszym złem.