Kościół katolicki to smakowity kąsek medialny, w który bardzo przyjemnie i głośno można wbić zęby. Tyle że przemoc w poradnikach i domach w Polsce nie jest problemem kościoła tylko dzieci i świadomości społeczeństwa, które od setek lat trwa w klimacie kar cielesnych.

REKLAMA
Przemoc w rodzinach nie jest niestety niczym niezwykłym i zdarza się widzieć ją nawet na ulicach. Wielu rodziców przyznaje się do tego, że zdarza im się w chwili uniesienia uderzyć dziecko. Pytanie ile osób przemilcza fakt, że regularnie stosuje tę metodę w domu i … nie ma w tym nic dziwnego.
Jeszcze 20 lat temu bicie dzieci było „tradycyjną metodą wychowawczą” i jest to tradycja wielowiekowa. Wzorce wychowywania nawet mimowolnie często bierze się z domu, więc jest naturalne, że zmienienie tych społecznych przyzwyczajeń będzie trwało wiele lat. Ustawa z sierpnia 2010 jest fantastycznym krokiem w stronę świadomości rodziców i jasnego powiedzenia – bicie dzieci jest złe. Ale nie oszukujmy się, ojciec Dariusz Kowalczyk, broniący wydawnictwa od dwóch książek zachęcających do kar fizycznych, nie jest odosobnionym głosem kościoła. Podobnie myśli znaczna część społeczeństwa – niezależnie od przekonań religijnych.
Rodzicom często brakuje odpowiedzi na pytanie: jak nie biciem czy inną karą – to jak pokazać dziecku co jest dobre, a przede wszystkim co jest złe? Boją się, że dzieci zostaną „rozpuszczone” - przecież straszyło się tak przez cały „zimny chów PRLu”. Nie wszyscy rodzice mają świadomość skutków bicia, nie wszyscy mają pomysły na inne sposoby - to dopiero zaczyna się zmieniać.
Dzięki prawu każdy z nas może głośno powiedzieć „nie wolno bić dzieci”. Może zareagować, zwrócić uwagę, a nawet poprosić o pomoc w tej reakcji. Jest więc szansa na zmienianie świadomości społecznej. Tylko że jest to temat całego społeczeństwa i nie ma sensu rozdrabniać się na wierzących, katolików, kosmitów czy nie wiem kogo jeszcze. Tu chodzi o dzieci i rodziców.