Od 14 lat jestem wychowawcą dzieci, a od 10 także młodzieży. Spędziłem z nimi kilkanaście tysięcy godzin. Prowadzę między innymi zajęcia kabaretowe i teatralne. W tym ogromie czasu dużo rozmawiamy, pracujemy, ale też dużo się bawimy. Czasem leży się na ziemi, czasem się kogoś udaje, zdarza się nosić kogoś na plecach. Im śmieszniej, tym częściej ktoś robi zdjęcia. Powinienem się bać?
REKLAMA
Drodzy internauci,
Piszę do Was, by Wam powiedzieć, że mnie przerażacie.
Dla mnie praca z młodzieżą to bycie z nimi w codzienności. Najwięcej jestem w stanie im dać wyjeżdżając z nimi na wyjazdy. Jest w tym dużo humoru, zabaw – czasem zupełnie spontanicznych. Czasem jest to kabaret czy teatr – które świetnie pomagają w eksperymentowaniu różnych ról. W integracji na wyjazdach pomagają różne gry, gdzie też zdarza się pokrzyczeć, potarzać po ziemi i wygłupiać na różne sposoby.
Na tej bazie jest też wiele rozmów i pracy. Dużo doświadczają i uczą się o sobie. Sprawdzają wiele nowych rzeczy, odkrywają i rozwijają się. Popełniają też błędy, nad którymi możemy potem się pochylić*. Robiąc to wszystko często docieram tam, gdzie rodzice czasem nie są w stanie – oni z kolei ufają mi, że pomogę ich dzieciom.
Wszystko odbywa się na jasno określonych zasadach, a sporo czasu poświęcam na konsultowaniu tego co robię i na rozmowach z rodzicami. Czuwają nade mną inni psycholodzy i wychowawcy. Nie mam nic do ukrycia przed człowiekiem zainteresowanym metodami mojej pracy.
Nie chciałbym, by ktoś kiedyś zrobił mi zdjęcie i dał je Wam do oceny. Wam, którzy w przeciwieństwie do rodziców, młodzieży i moich pracodawców nie znacie mnie i nawet nie spytacie „dlaczego?”. Nie wiecie czemu różne rzeczy robię, jak mi potem pomagają w pracy.
Nie chcę też zabraniać młodzieży robić zdjęć z wyjazdów. Nie zamierzam żyć w oblężonej twierdzy. To nie ja popełniam błędy, używając teatru czy śmiechu do pracy. To wy, oceniając ludzi bez zapytania się osób bezpośrednio zainteresowanych popełniacie błąd.
Rozumiem, że zadajecie pytania, jeśli czegoś nie rozumiecie. Brzydzę się i boję, kiedy opluwacie zanim zadacie jakiekolwiek pytanie. Przeraża mnie siła waszej nienawiści wyzwolonej na podstawie pojedynczych notek mediów, które żyją z waszych emocji.
Nie chcę, byście w ten sposób kiedykolwiek zniszczyli coś dobrego. Czasem macie rację, czasem nie (znacie ostateczne rozstrzygnięcia wszystkich awantur, które komentowaliście?). Ale nawet jeśli się okaże, że nie macie – to już jest za późno. Wyrok został wykonany.
*Ale czy taki internauta wie, że nad tym błędem ktoś się potem pochylił?
