„Najlepsze” (osiągające najlepsze wyniki w egz. VI-klasisty) prywatne szkoły podstawowe robią egzaminy dla kandydatów. Rodzice wpatrzeni w ten wzór tworzą presje na przedszkola, by tresowały dzieci w kierunku zdawania tych egzaminów. Klient nasz pan, więc czasem i przedszkola cóż mają czynić – tresują.

REKLAMA
Rodzice czasem nie potrzebują wcale takiej motywacji, zajęcia, gdzie dzieci uczy się niepotrzebnych umiejętności, cieszą się niestety dużym powodzeniem. Uczymy już czytać półroczne dzieci, wykorzystujemy ich niesamowitą pamięć (w której po prostu jest mnóstwo miejsca).
Uczenie czytania czterolatków to w miarę norma, szkoły francuskojęzyczne potem tego wymagają – polskie teoretycznie nie, ale wspominałem już o egzaminach do szkół prywatnych, które dzieci przechodzą pół roku przed wrześniem.
Szkoda tylko, że to skończony idiotyzm. Uczymy dziecko umiejętności bez kontekstu, bez potrzeby jej zastosowania. Nie uczymy myśleć, tylko wykonywać rzeczy. Tak żeby przejść jeden czy drugi egzamin. Społeczne umiejętności są nic nie warte, a zabawa to marnowanie czasu. Trzeba szybko wypełnić pamięć, a efekt widać na dłoni, plastyczny mózg uczy się szybko. Zadowolony rodzic tańczy z radości, bo jego dziecko czyta, liczy i mówi w paru językach (przy okazji brak ruchu nadrabia na zajęciach integracji sensorycznej)!
Państwo nie pozostaje w tyle, skraca dzieciństwo o rok, dalej dzieciaki, do ławek! Tam was rok szybciej przystosujemy do pracy, byście rok wcześniej zaczęli płacić podatki. Zwolnicie miejsca w przedszkolach, a matki wrócą do pracy (podatki!).
Za 20 lat zobaczymy (lub nie) swój produkt: człowieka z umiejętnością nauki pod klucz, który tej wiedzy nie wykorzysta, bo nie zna spontaniczności i nie ma odwagi. Czeka na instrukcje, co dalej sobie wbić do głowy i automatycznie wykonać. Ale żeby rozwiązać problem? Powalczyć o pracę? Zapomnij. Albo zapisz na kolejny kurs.
*Rodzicu, jeśli czujesz się urażony, bo wcale tak nie podchodzisz - dziękuję, że jesteś!