Nie do końca czuję sens poganiania 5/6-letnich dzieci do szkoły. Jeśli zostaną dłużej w przedszkolu, to co stracą? Czy na pewno coś stracą? Nie znam mocnych argumentów, które mnie przekonają o tym, że najwspanialsza rzecz jaka się może dziecku przydarzyć to pójście rok wcześniej do szkoły.

REKLAMA
Nie widzę ogromu korzyści z tego, że dziecko szybciej pójdzie do szkoły. Szybciej osiągnie dorosłość, szybciej zacznie pracować, rok więcej zapracuje na godziwą emeryturę. Pięknie pięknie, ale przecież ono żyje tu i teraz. Teraz jest jego najważniejszy moment w życiu. Tak jak u was - niezależnie od tego czy macie 20, 40 czy 60 lat. A co dopiero dzieci, które mają 5 lat – sami spójrzcie jak wszystko przeżywają. One żyją już teraz i warto się na tym koncentrować. Jest szczęśliwe? To czemu nie może być szczęśliwe jeszcze rok*? Do czego się spieszysz?
Nie kupuję też tego, że one już wszystko umieją. Jeśli ktoś wszystko już umie, to znaczy, że może wykorzystać czas na zrobienie czegoś ciekawego, czego nie ma w obowiązkach szkolnych. Myślę, że jeśli dziecko będzie jeszcze lepiej przygotowane do przyjmowania wiedzy w szkole, bo rok dłużej zbierało umiejętności nabywania wiedzy, to zajmie inną pozycję w grupie. Będzie szybciej się wszystkiego uczyło, będzie mniej nadganiało za innymi, a co za tym idzie – będzie miało czas na rozwijanie innych zainteresowań i umiejętności.
Jeśli wasze dziecko jest za mądre na to, co mu się proponuje w przedszkolu – to zapraszam was do rozsądnego zaproponowania mu czegoś, co spełni jego ambicje. Jeśli będzie za mądre w szkole, to będzie można je zaprosić do robienia kolejnych nowych rzeczy. Naprawdę w tym wszystkim nie chodzi o to, żeby spełnić normę programową w najkrótszym możliwym czasie.
Nie mówię, że należy przeciągać wiek przedszkolny w nieskończoność. Na wszystko jest czas i trzeba pewnie dziecko przygotować do tego, żeby po pewnej liczbie lat było gotowe wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Dlatego nie chodzi oczywiście o to, żeby dziecko wstrzymywać przed szkołą przez powiedzmy 9 lat. Zresztą ono po prostu samo w pewnym momencie potrzebuje wyzwań proponowanych przez szkołę.
Warto pamiętać, że owo wzięcie odpowiedzialności za swoje życie to nie tylko wiedza ze szkoły ale też spokojne wypracowanie pewnych umiejętności społecznych. To są umiejętności, które w pewnym stopniu rodzą się poza szkołą, w domowym środowisku, w relacji z najbliższymi. Wcześniejsze pójście do szkoły ich nie załatwi.
Nie widzę wyższego sensu poganiania dzieci do szkoły rok wcześniej. Jeśli czujecie, że wasze dziecko ma ochotę i jest na to gotowe – czemu nie, może zarobiony rok wykorzysta na roczne wakacje swojego życia, jak czasem się to robi w Skandynawii?
Kiedy jednak czujesz, że coś jest nie tak, że czegoś twojemu dziecku brakuje, by z impetem wejść do pierwszej klasy, to spokojnie. Być może nie masz się do czego spieszyć. Rozumiem rząd, który chce rok wcześniej dostać podatki twojego dziecka. Ale ty? Do czego się spieszysz? Do czego się spieszy twoje dziecko? To są podstawowe pytania przed decyzją o tym, kiedy posłać dziecko do szkoły.

Edycja:
*Nie chodzi o to, że szkoła jest synonimem nieszczęścia. "Rok szczęścia" - chodzi o to, żeby nie zmieniać pozytywnego stanu rzeczy, jeśli nie ma takiej potrzeby - choćby ze strony dziecka. Natomiast wcale nie uważam, że przejście do szkoły musi się wiązać z nieszczęściem - choć w przypadku zrobienia tego za wcześnie może to być negatywne doświadczenie.