„Za mało dyscypliny” - to jeden z typowych komentarzy obserwatorów emocjonalnych wydarzeń na linii rodzice-dzieci lub wychowawcy-dzieci. W końcu dyscyplina jest lekiem na całe zło? Niekoniecznie. Dobrze jest wiedzieć z czym ona się wiąże.
REKLAMA
Przy okazji artykułu "Bzdury i show o dzieciach", w którym pisałem o bzdurach na temat dyscypliny obiecałem, że spróbuję nieco szersze spojrzenie na problem dyscypliny. Obietnicę spełniam, choć na ten temat można by napisać książkę.
Dyscyplinuje się dzieci „niegrzeczne” – i poniekąd jest to skuteczne. Nie jest to co prawda używana przed laty rózga, ale cel ten sam – utrzymanie dzieci w ryzach. Teraz dyscypliną nazywa się rygorystyczne utrzymanie zasad i reguł. Zwykle jednak osiągane metodami werbalnymi.
Czasem się mówi, że dyscyplina jest potrzebna do utrzymania poczucia bezpieczeństwa przez dzieci. I tak i nie. Dzieci, a właściwie ludzie w ogóle, potrzebują stałości zasad. Szczególnie w miejscach, w których spędzają dużo czasu. Niemniej ową stałość i klarowność można uzyskać nie tylko za pomocą dyscypliny. W większości przypadków mi wystarczy umowa, przy której obie strony widziały korzyści z jej utrzymania. Także w szkole, w której o dyscyplinie mówi się najczęściej. Odwoływanie się do tej umowy, a także do tego co tracimy jak ją łamiemy – zwykle jest wystarczające.
Niemniej dyscyplina też jest jakimś środkiem utrzymania porządku, aczkolwiek posiadającym pewne skutki uboczne. Pojawiła się niedawno na natemat.pl teza, że jest ona potrzebna do tego, żeby dzieci nauczyły się dostosowywać do poleceń innych. Cóż, powiem szczerze, zawsze byłem „krnąbrnym dzieckiem” i mojej mamie zdarzało się lądować na dywaniku bo mówiłem co myślę. Niemniej zaręczam, że wobec czterech „sportowców” z kijami jestem zdyscyplinowany jak słoń w cyrku. Groźba mandatu czy utraty zlecenia też działa na mnie skutecznie – a wcale nie byłem do tego szkolony.
Dyscyplina opiera się na relacji strachu. Boję się, to nie robię czego mi nie wolno. Nie trzeba tego ćwiczyć. Natomiast ćwiczone przy okazji dyscypliny jest coś innego. Ktoś silniejszy pokazuje dziecku co robić, jak się ma władzę. Cóż, jest szansa, że Wasze dyscyplinowane dziecko będzie właśnie tak dążyło do celu – przełamując słabszych – no w sumie skuteczne – fakt. Pytanie do Was, czy tego chcecie.
Ponadto koncentrując się na tym strachu czasem dziecko nie patrzy co jest wartościowego w zachowaniu, do którego jest zmuszane. Jest skoncentrowane na uniknięciu kary. Im bardziej emocjonalnie znosi karę, tym mniej ważne staje się dla niego co robi, żeby jej uniknąć.
Kolejny aspekt dyscypliny i dostosowania się polega także na problemie podejmowania decyzji – kto ją podejmuje. Jeśli dziecko od małego uczy się, że samo rozważa i podejmuje decyzje na tyle, na ile jest to możliwe, to przy kolejnych wyborach zacznie od zapytania siebie o zdanie. Przy presji rówieśników jest bardzo cenna tarcza przed głupimi pomysłami jak narkotyki. Z kolei dzieci, które zawsze były zdane na zdanie rodziców, wobec ich nieobecności będą wręcz szukały kogoś, kto za nie podejmie decyzje. Na pewno tego chcemy?
Tym bardziej, że potem odbywa się to w białych rękawiczkach. Nastolatek nie słucha otwarcie już nikogo, stara się podkreślić swoją samodzielność i ktoś otwarcie nakazujący czegokolwiek na pewno zderzy się ze ścianą. To kolejny efekt uboczny dyscypliny – przychodzi moment, kiedy nastolatek próbuje sam o sobie decydować (choć w opisanym powyżej mechanizmie nieświadomie przekazuje po prostu tę decyzję w ręce rówieśników). Jakakolwiek jawna próba dyscypliny musi się spotkać z negacją – chyba, że nadal jest czego się bać – wówczas działa przykład z czterema „sportowcami”.
Dyscyplina ma też dawać dzieciom naukę dbania o potrzeby innych. Cóż, mam wrażenie, że wzór – rodzic, który dyscyplinuje swoje dziecko i nie bierze pod uwagę jego potrzeb, tylko decyduje się na dostosowanie delikwenta do otoczenia jest najbardziej beznadziejnym przykładem wrażliwości na cudze potrzeby jaki może być. Rodzic po prostu niech sam będzie przykładem szanowania potrzeb innych od relacji z dzieckiem zaczynając. Zarazem nie chodzi o to, żeby nie miał własnych granic i ulegał we wszystkim dziecku. Chodzi o szukanie porozumienia bez naruszenia wzajemnych granic. To czasem czasochłonna, ale za to realna nauka szanowania granic innych.
Dyscyplina jest skuteczna – nie będę tego podważał. Bazuje jednak często na strachu. Druga strona nie rozumie czemu, ale musi się dostosować. Owszem, tą drogą można bardzo szybko osiągać pewne pojedyncze cele. Przy dużych grupach bywa nawet najlepszym środkiem do utrzymania grupy w działaniu. Niemniej gloryfikowanie jej jako szkolenie umiejętności dostosowania się czy umiejętności poszanowania cudzych potrzeb jest z psychologicznie niezgodne z prawdą.
