Zaczęliśmy rozmawiać o edukacji. Nie tylko przy okazji obniżenia wieku szkolnego, ale przy innych okazjach też. Coraz głośniej domagamy się wyboru, którego szkoła państwowa dać nam nie może. Coraz mniej nam się podoba skostniałość instytucji więc wprost trzeba zapytać – a może oddacie nam szkoły?

REKLAMA
Piszę to pod wpływem wszystkiego dobrego, co dzieje się teraz w edukacji niepublicznej. Z punktu widzenia Warszawy do tej pory było widać kilka szkół społecznych, a poza nimi jednak było cicho. Dopiero teraz zaczęła się ofensywa, która jest jasną odpowiedzią na częste hasło rodziców – choćby w kontekście obniżenia wieku szkolnego: „Chcemy mieć wybór”.
Coraz bardziej jesteśmy niezadowoleni z tego jak kształci się nasze dzieci. Czasem nawet byśmy chcieli coś zmienić, ale zderzamy się ze ścianą. Uczciwie też mówię – są szkoły nawet państwowe, w których rodzicom lub nauczycielom udaje się stworzyć coś ciekawego w ciasnych ramach ustaw. Jednak znacznie częściej jest to walenie głową w ścianę i z genialnymi pomysłami nikt nic nie robi. Czasem naprawdę dobre pomysły rozbijają się albo o dyrektorski beton albo papierologię. I nikt temu dyrektorowi nie powie „wynocha”! Zdeterminowany rodzic czy nauczyciel zbyt często swoim dobrym pomysłem całuje klamkę pod tytułem „nie da się”. Mogę nawet dodać „wiem, bo sam całowałem”.
W szkołach prywatnych i społecznych jest zupełnie inaczej. Rodzic MUSI być zadowolony, inaczej nie zostawi swojego dziecka w szkole, a co za tym idzie – nie zostawi pieniędzy. Szkoła więc MUSI odpowiedzieć na potrzeby rodzica, a te przecież bywają bardzo różnorodne, dlatego widać rozkwit różnych szkół społecznych i prywatnych. Od lat nieźle sobie radzi Montessori. Coraz głośniej jest o Szkołach Demokratycznych. Ba, nawet Katarzyna Hall tworzy swój kolejny niepubliczny projekt w postaci Akademii Dobrej Edukacji*. Istotnym sygnałem niezadowolenia rodziców jest popularność niezwykle trudnego zadania w formie edukacji domowej.
Na tę różnorodność oczekiwań można odpowiedzieć tylko wsłuchując się w nie i mogąc się do nich dostosować. Szkole państwowej albo nie zależy (bo i tak ma uczniów, którzy muszą tu być ze względów finansowych) albo nie ma możliwości z powodów formalnych. Nie da się zrobić na przykład państwowej szkoły Montessori, bo miałaby problemy ze spełnieniem ram kuratoryjnych. Ba, nawet niektóre szkoły niepubliczne muszą udawać „nauczanie domowe”, żeby przetrwać oczekiwania kuratorium.
Kiedy byłem właśnie z panią Hall u Tomka Kowalczuka w Radiu Bajka – to on się spytał jak to jest, że nie można robić takich projektów państwowych. Pani minister bardzo celnie zauważyła, że państwowe szkolnictwo to wielki statek, który jest bardzo oporny na wszelkie manewry, które przeprowadza się niezwykle powoli. Natomiast szkolnictwu niepublicznemu jest znacznie bliżej do motorówki, która się może dostosować do sytuacji i w każdej chwili obrać lepszy kurs. Dlatego wszelkie innowacyjne projekty wprowadza się poza edukacją publiczną.
Skostniałość edukacji publicznej powoduje, że rzeczywiście mam skojarzenia z pewnym wielkim statkiem o mało wdzięcznej nazwie „Titanic”. Skoro więc ta łajba nie chce funkcjonować zgodnie z rosnącymi (i słusznie!) oczekiwaniami rodziców. Skoro nie umie odpowiadać na zmiany trendów edukacyjnych czy rozwój technologii to wcale nie dziwię się rodzicom, że łapią się szalup ratunkowych, choć często muszą na nie wyciągnąć nawet ponad tysiąc złotych miesięcznie (płacąc zarazem podatki na szkoły państwowe).
Stąd właśnie mój apel. Oddajcie nam szkoły. Oddajcie nam pieniądze, to je sami stworzymy. Jeśli nie da się dostosować szkolnictwa publicznego bo ogarnięcie potrzeb 40-milionowego kraju jest niemożliwe, to znaczy, że trzeba wspierać te małe ruchy, które są skrojone na miarę potrzeb. Krok po kroku coraz śmielej chcę, by edukacja przechodziła w ręce tych, którym zależy na niej najbardziej – rodziców!
Wtedy zaczną się pojawiać szkoły, które choć trochę lepiej zdołają odpowiedzieć na potrzeby pięciolatka w zerówce**. Szkoły, w których dziecko i jego potrzeby będą pod lupą. Tam sukces będzie przekładał się na pieniądze, więc wszystkim na tym sukcesie będzie zależało. A my, eksperci i rodzice będziemy czuwać i suchej nitki nie zostawimy na tych, którzy będą krzywdzić dzieci. Wreszcie doczekamy się sytuacji, w której rodzice będą mieli wybór, który podejmą na bazie potrzeb swoich i dzieci. Przestańmy wreszcie sponsorować Titanica. Dajcie nam do rąk pieniądze, które bierzecie z naszych podatków, a my damy je tym, którzy stworzą dzieciom najlepsze warunki rozwoju!

*Uczciwie mówię, że mam przyjemność należeć do przyjaciół tej akcji. Choć przyjaźnię się dlatego, że to interesujący moim zdaniem projekt.
**Co nie zmienia mojej opinii, że powinno dla niego czekać miejsce w przedszkolu, a przynajmniej wolny i mądry wybór rodzica.