Cieszę się, że istniejące od wieków nierówne relacje między mężczyznami i kobietami znalazły w ostatnich latach silny opór. Ale nie mogę się cieszyć, kiedy z matki próbuje się zrobić ojca i na odwrót. Zastanawiam się dokąd p. Magdalena Środa i inne przedstawicielki niektórych ruchów feministycznych dążą. Dzieci zwariują.
REKLAMA
W ostatnim „Wprost” (12/2012) Magdalena Środa wzięła sobie za temat naukę Jana Pawła II. Mam ochotę polemizować z tym tekstem w kilku miejscach, ale w celu uniknięcia rozmycia tematu - zatrzymam się tylko na rzetelności i jednym problemie – istotnym dla mnie z punktu widzenia dzieci.
„W nauczaniu Jana Pawła II niezmieniona pozostała podległa pozycja kobiety. W wydanym liście (1995) papież co prawda pisał, że kobieta jest równa mężczyźnie, ale że ma inne powołanie. Tak zwany „nowy feminizm” przesuwał problem dyskryminacji kobiet na inny plan, ale w żadnym stopniu nie rozwiązywał go. Według papieża kobiecie przysługuje godność, nie – wolność.”
Zastanawiam się, czy p. Środa chciała w ogóle zrozumieć papieża w tym liście, który bardzo mocno podkreśla problemy kobiet i zdawałoby się, że odpowiada na problemy dotyczące pozycji kobiet na świecie. Podkreśla jej problemy zarówno na rynku pracy, w rodzinie jak i całym społeczeństwie. Szukam, w którym miejscu ogranicza Jan Paweł II jej wolność i nie mogę tego znaleźć, bo nawet kiedy wspomina o odmienności ról, to podkreśla w nich (dosłownie!) wolność "służby" i podkreśla, że nie można tego narzucić kobiecie.
Tyle o wątpliwej dla mnie rzetelności podejścia p. Magdaleny Środy do listu papieskiego. Chciałbym teraz przejść do problemu, o którym wspominałem we wstępie.
To co mnie drażni we wspomnianym cytacie, to proste słowo „ale” dotyczące powołania. Odmienność powołania nie musi rywalizować z równością człowieka. Choć niektóre umiejętności kpią sobie z równouprawnienia i kobiety po prostu biją nas w nich na głowę. To wcale nie społeczeństwo spowodowało, że mamy inne powołanie, ale biologia. W tym artykule ograniczę się tylko do problemu macierzyństwa, ale także poza nim trzeba przyjąć, że jesteśmy od siebie odmienni i warto wykorzystywać to jako atuty. Nie tylko tak jak w starym żarcie, że równouprawnienie kończy się przy wnoszeniu pianina na piętro.
Przerażający jest dla mnie zamach feminizmu na macierzyństwo. Chyba ostatnią rzeczą, której nie próbuje się zaprzeczyć to fakt, że ciąża i poród pozostają trudną i piękną (subiektywne) domeną kobiet. Ale potem feministki już lecą do pracy, wsadzają dziecko do żłobka lub w ręce ojca i odrzucają swoje zalety walcząc tam, gdzie te przewagi nie są już tak jednoznaczne jak w macierzyństwie.
Pisałem już wcześniej, że na początku dziecko przede wszystkim potrzebuje więzi, a tę za sprawą biologicznych i psychologicznych przewag lepiej zapewniają kobiety. Karmienie piersią jest siłą rzeczy tworzeniem więzi z dzieckiem, ale nie tylko. Nie rozwodząc się nad szczegółami - delikatność i specyfika ciała kobiet to nie jest tylko materiał na „erotyczne uprzedmiotowienie”, ale odpowiedź na potrzeby dziecka, które czuje się przy nich bezpieczniej, lepiej, przyjemniej.
Również cechy psychiczne kobiet dają im wyraźną przewagę nad mężczyznami pod względem bycia z dziećmi. Umiejętność odczytywania emocji znacznie pomaga dzieciom komunikować się z osobą, od której zależą. Umiejętność robienia wielu rzeczy naraz sprawia, że kobieta jest w stanie w lepszym zakresie niż mężczyzna zajmować się innymi rzeczami (i wcale nie musi to być pranie, gotowanie itp., może to być choćby praca zawodowa) opiekując się równocześnie dzieckiem. Kobiety też są znacznie bardziej empatyczne i wrażliwsze na cudze emocje. Mały człowiek potrafi wystawić spokój i cierpliwość na ciężki egzamin. Bliskość emocjonalna z dzieckiem zdecydowanie pomaga go zdać pomyślnie.
Cechy kobiet zdecydowanie powołują je do bycia blisko drugiego człowieka, a w przypadku małego człowieka są po prostu niezastąpione. Boli mnie, kiedy matki ze szkodą dla dziecka dobrowolnie rezygnują z momentu, w którym ich natura stawia je o 10 pięter ponad mężczyznę – a dzieje się tak w pierwszych latach życia dziecka. Mężczyzna może próbować zastąpić kobietę – ale w zdecydowanej większości przypadków na pewno zrobi to gorzej.
Bycie z dziećmi to nie jest przestrzeń, w której jest miejsce na walkę o równouprawnienie – jego tutaj nigdy nie będzie, bo biologia i psychologia na to nie pozwolą. Kobiety są tutaj lepsze i basta.
Wspieram natomiast „nowy feminizm” w podkreślaniu godności kobiety. Skoro są one niezastąpione, to powinno się głęboko przed nimi pokłonić i sprawić, by nikt nie traktował czasu opieki nad dzieckiem jako okres uwłaczający godności kobiety, ale wręcz podkreślający jej przewagę. Jan Paweł II nazywa to „geniuszem” kobiety.
Na koniec jeszcze najtrudniejsza do przeskoczenia dla feministek rzecz. Żeby kobieta mogła w pełni wykorzystać swoją przewagę przy byciu z dzieckiem, dobrze by było, jakby nie musiała w tym czasie zajmować się pieniędzmi i pod tym względem mogła dla dobra swojego i dziecka oprzeć się na mężczyźnie. Marzy mi się moment, w którym nie zobaczymy w tym braku wolności kobiety, ale partnerstwo, w którym mężczyzna przez swoją pracę nie ma przewagi, ale pozwala się spełniać macierzyństwu.
Nie podważam umiejętności zawodowych kobiet. Siłą rzeczy w swojej branży stanowią one około 90% i bardzo się z tego cieszę – pod pewnymi względami lepiej się z nimi pracuje. Jednak o ile na rynku pracy możemy ze sobą rywalizować i współpracować, to matką może być tylko kobieta.
