Czy zbudowanie „państwa rzeczy małych” to jest minimalistyczny projekt polityczny? Nie, jeśli pamiętamy starą zasadę, podług której winniśmy oceniać także polityków i ich projekty: tylko ci, którzy są wierni w małych rzeczach, będą też wierni w wielkich.

REKLAMA
Kto w małej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny (Łk 16, 10)
1.
Co jest celem polityki? Krótko: dobre rządzenie. Czy da się jednak dobrze rządzić bez politycznej, najlepiej wielkiej, wizji rozwoju kraju i społeczeństwa?
Tym bardziej, że żyjemy w świecie deficytu politycznych wizji. Jeśli tylko dobrze ucho przyłożyć, ze wszystkich stron wyziera przeraźliwe pytanie, kierowane oczywiście pod adresem polityków: „Jaka jest twoja polityczna wizja?” Albo jeszcze inaczej: „Powiedz mi, jaką masz polityczną wizję, a powiem ci, czy jesteś dobrym przywódcą”.
Wizji od polityków domagają się najczęściej komentatorzy i eksperci. To pytanie o wizję jest swoistym biczem, którym chłosta się polityków, gdy postawieni przed kamerą nie potrafią powiedzieć w 30 sekund, po co im władza i jak będzie wyglądał kraj za dziesięć czy dwadzieścia lat.
I rzeczywiście: brak wizji to dziś rodzaj politycznej pandemii. Prezydent Barack Obama słyszy, że może „spadać”, gdyż po czterech latach rządzenia nie przedstawił żadnej ciekawej wizji rozwoju Ameryki. Z drugiej strony, jego rywal w wyścigu o Biały Dom, republikanin Mitt Romney także jest krytycznie oceniany, gdyż – zdaniem tych samym komentatorów – nie ma wielkiego projektu politycznego dla supermocarstwa. Może więc ma go David Cameron dla Wielkiej Brytanii? A może Angela Merkel dla Niemiec? Mario Monti dla Włochów?
Tak, widzę już oczyma wyobraźni, jak na twarzy Czytelników pojawia się uśmiech. Sęk w tym, że żyjemy w świecie, w którym głód wielkich projektów politycznych – najlepiej tak prostych jak wczorajszy konflikt Zachód kontra Wschód, czyli Dobro versus Zło – jest wprost proporcjonalny do ich deficytu. Czy jest to zatem owoc tego, że rządzą nami przeciętni politycy – ludzie bez aspiracji, wielkich projektów, żyjący w tyranii kalendarza wyborczego?
2.
Nie, nie sądzę, że jest aż tak źle. Idzie raczej o to, że otaczający nas świat zmienił się radykalnie. Choć my nadal opieramy się przed tym, aby te zmiany dopuścić do świadomości. Dlatego wciąż tkwimy w starych schematach intelektualnych i politycznych. Jesteśmy w sytuacji, którą doskonale opisują prorocze słowa Abraham Lincolna: „Dogmaty spokojnej przeszłości nie mają zastosowania w burzliwej teraźniejszości. Okazja do zmian pojawia się rzadko, musimy dać się jej ponieść. Mamy nową sytuację, więc musimy myśleć na nowo. I działać na nowo”.
Być może jest więc tak, że – podobnie jak pogodziliśmy się z końcem „wielkich narracji” w filozofii – tak również musimy się pogodzić z końcem „wielkich ideologii” w polityce. Nie tyle nawet jest zbrodnią, co raczej zwykłym błędem, gdy rozmaite „fantazje”, które polegają na próbie przekształcania świata i siebie podług starych kategorii, przykładamy do nowej rzeczywistości. Dziś, jak diabeł święconej wody, powinniśmy unikać myślenia anty-wizyjnego w starym, anachronicznym stylu. A to wiąże się z koniecznością spojrzenia w oczy światu – bez retuszy, złudnych nadziei czy naiwnej wiary.
Odwaga myślenia jest konsekwencją odwagi patrzenia. Podstawą takiego realistycznego myślenia jest zdanie sobie sprawy, że rządy istnieją i że muszą urzeczywistniać swoje zamiary w świecie nieustającego konfliktu, który nigdy nie jest daleki od stanu wojny. Jeśli opowiadam się za takim realizmem w polityce, mimo narażenia się na oskarżenia o oportunizm, to dlatego, że realizm „nie opiera się na wierze”, że za pomocą polityki da się zbudować raj na ziemi. Jak notuje brytyjski filozof John Gray: to realizm, a „nie świecka wiara pomógł liberalnym demokracjom pokonać nazizm i powstrzymać komunizm”.
3.
Nie chcę być źle zrozumiany. Nie chcę przez to powiedzieć, że państwo czy politycy mają zrezygnować z ambitnych projektów reformatorskich. Przeciwnie, w świecie, w którym królują niepewność i ryzyko, w teraźniejszości, która znaczona jest przez kryzysy i która zdaje się przerastać nasze polityczne narzędzia skutecznego jej okiełznywania, tylko ambitne cele polityczne mają rację bytu. I tylko taka polityka ma sens.
Dlatego tym bardziej nie ufam politykom, którzy wciąż snują wizje i przedstawiają „programy wielkich reform”, mające przynieść owoce „gdzieś i kiedyś”. Mam bowiem wrażenie, że w ten sposób zdejmują z siebie odpowiedzialność i budują alibi, żeby nie zajmować się „tu i teraz”. „Dziś” i „Ja” musi być dla polityki tak samo ważne, jak „jutro” i „nasze dzieci”.
Gdybym jednak teraz miał wskazać jedno zadanie, które winno stać się osią w krótkim okresie naszej – czyli rządzących, Twoje i mojej – pracy, to jak zdefiniowałbym naszą „polską obietnicę”?
4.
Gołym okiem widać, że jedną z pierwszych ofiar globalizacji jest państwo. W starciu, szczególnie z globalnymi rynkami, straciło ono dawno moc. Po drugie, ograniczając się do naszego podwórka: my, Polacy nie lubimy państwa (pozostałość komunizmu). Ale gdy dzieje się nam krzywda, na pomoc wzywamy państwo. Mówiąc wprost, myślimy podług następującej logiki: „Gdy odnoszę sukces, podkreślam, że jest on tylko i wyłącznie moją zasługą. Gdy podwinie mi się noga, w państwie szukam źródła mojego nieszczęścia”.
A dziś coraz szybciej i coraz częściej grunt usuwa się nam spod nóg. Dlatego, jak przekonuje Tony Judt: „musimy na nowo nauczyć się »myśleć państwowo«, wolni od uprzedzeń wobec niego, jakich nabyliśmy wkrótce po tryumfalnym zwycięstwie Zachodu w Zimnej Wojnie. Musimy nauczyć się rozpoznawać niedostatki państwa, a jednocześnie śmiało go bronić”. Jaki więc rodzaj państwa winniśmy budować, by stało się ono akceptowalne i zaczęło być postrzegane przez Polaków jako przyjazne?
Po pierwsze, parafrazując tytuł książki amerykańskiego socjologa, Jeffrey’a C. Goldfarba, marzy mi się „państwo małych rzeczy”. Kiedy rozmawiam z moimi przyjaciółmi, gdy dyskutuję w pociągach z podróżnymi, to w tych opowieściach o Polsce można usłyszeć jedno „wielkie” marzenie: Polacy chcą państwa, które jest wierne „małym rzeczom”.
Polkom i Polkom marzy się więc krótsza kolejka do urzędu, żeby móc szybko zarejestrować przedsiębiorstwo, co z kolei wspiera budowanie firm rodzinnych, które są motorem polskiej gospodarki. Polakom marzą się szkoły, które uczą nasze dzieci twórczego myślenia i kreatywności, by mogły skutecznie radzić sobie na elastycznym rynku pracy, a nie mechanicznego zaliczania testów. Polakom marzy się służba zdrowia, gdzie szybko można dostać się do specjalisty. Marzą im się sądy, w których nie czeka się latami na rozstrzygnięcie sprawy. Marzy się prosty chodnik na osiedlu i plac zabaw, żeby dzieci mogły spędzać wolny czas na powietrzu, a nie przed telewizorem. Marzą im się żłobki i przedszkola…
Państwo „małych rzeczy”, o które się upominam, to państwo tworzące się w działaniu poprzez kontakt z ludźmi. W takiej dynamice konieczna jest zasada „samokorygowania się państwa”, gdyż to obywatel dostarcza informację, gdzie ono nie działa. Innymi słowy: państwo winno w takiej sytuacji działać na podobieństwo programu operacyjnego, który systematycznie musi być „update’owany”. Analogicznie, państwo, jeśli ma budzić szacunek i respekt, musi się nieustannie samokorygować tak, by móc skutecznie pełnić swoje kluczowe zadanie: służbę obywatelom.
5.
Czy zbudowanie „państwa rzeczy małych” to nie jest minimalistyczny projekt polityczny? Nie, jeśli pamiętamy starą zasadę, podług której winniśmy oceniać także polityków i ich projekty: tylko ci, którzy są wierni w małych rzeczach, będą też wierni w wielkich. A dokładniej, jeśli jakiś rząd jest konsekwentny w budowaniu rzeczy małych, to potem z nich powstają rzeczy wielkie.
Taka przecież była nasza droga, gdy postanowiliśmy wstąpić do Unii. Akces był możliwy, gdyż poprzez codzienną pracę pokazaliśmy, że spełniamy postawione przed nami kryteria. A te pozwoliły nam w 2004 roku stać się częścią Unii Europejskiej. Polityczna konsekwencja w rzeczach małych przekłada się na Wielkie Zmiany. Czy dziś budowanie „państwa małych rzeczy” nie przełoży się na naszą silną pozycję Polski w Unii? Czy nie takiego państwa potrzebujemy, aby nie dać się kryzysowi?
Podejmując dziś starania budowy „państwa rzeczy małych” powinniśmy to zrobić nie dlatego, że jest to zadanie łatwe. Przeciwnie, powinniśmy to zrobić, gdyż jest to cholernie trudne – trudne, gdyż wymagające zmiany myślenia tysięcy ludzi, którzy każdego dnia działają w imieniu państwa. Także polityków.
Tekst został opublikowany na stronie www.instytutobywatelski.pl