Nienawiść amerykańskiej prawicy do Obamy okazała się silniejsza niż ich miłość do Ameryki. I tak Obama mimo woli stał się odnowicielem Partii Republikańskiej.

REKLAMA
1.
Barack Obama w 2008 r. szturmem zdobył Biały Dom. Żywiono nadzieje, że w amerykańskiej polityce pojawił się „wielki polityczny poeta”. Ale już po kilku miesiącach prezydentury było jasne, że Obama jest zaledwie „przeciętnym politycznym prozaikiem”.
Pierwszy czarnoskóry prezydent chciał dobrze. Dlatego zaraz po spektakularnym zwycięstwie deklarował: „Nie ma stanów czerwonych, nie ma stanów niebieskich, są tylko Stany Zjednoczone Ameryki”.
Próba zszywania przez Obamę podzielonego społeczeństwa amerykańskiego, które staje murem za swoim prezydentem w walce z kryzysem gospodarczym, okazała się z jego strony przejawem politycznej naiwności. Jeśli chcesz, żeby wszyscy byli zadowoleni, to w końcu nikt nie jest zadowolony.
Skoro więc w ostateczności nawet lokator Białego Domu, jak w przypadku słynnej Obamacare, stawiał na swoim, to w imię tak daleko idących kompromisów, że trudno było mówić o sukcesie. Kompromis w polityce jest cenny, ale nie za wszelką cenę.
2.
Tym bardziej, że Obama nie docenił faktu, iż na amerykańską prawicę działa niczym czerwona płachta na byka. To dlatego stał się katalizatorem, który w łonie Partii Republikańskiej doprowadził do powstania ruchu Tea Party. Nienawiść amerykańskiej prawicy do Obamy okazała się silniejsza niż ich miłość do Ameryki.
Prawicowi populiści z Tea Party działali wedle starej zasady: „im gorzej, tym lepiej”. Im bardziej kryzys uderza w Amerykę, im bardziej ludzie tracą pracę, tym lepiej dla ich politycznej przyszłości. Innymi słowy: kiedy Obama walczył z największym od kilku dekad kryzysem, republikanie przede wszystkim walczyli z Obamą.
3.
Co więcej, Obama wbrew sobie stał się odnowicielem... Partii Republikańskiej. Przypomnijmy: po fatalnych ośmiu latach prezydentury George'a W. Busha, partia Lincolna i Reagana znalazła się w głębokim kryzysie. Pojawiały się nawet głosy, że GOP będzie potrzebowała 20 lat, by znów stanąć na nogi.
Okazuje się, że wystarczyły zaledwie cztery lata prezydentury Obamy. O ile prezydentowi nie udało się „zszyć” amerykańskiego społeczeństwa, które doskonale dzieli się na stany „niebieskie”, czyli demokratów i „czerwone”, czyli republikanów, o tyle – mimo woli, czy nawet wbrew woli – udało mu się zszyć Partię Republikańską. Dziś GOP, który postawił na zupełnie przeciętnego polityka, jakim jest Mitt Romney, ma duże szanse na to, by zastąpić Obamę w Białym Domu.
4.
Czy ewentualna przegrana Obamy oznaczałaby koniec marzeń o innej Ameryce, którą demokrata zaczął budować cztery lata temu? Czy jego klęska nie byłaby ciosem w plecy demokratów?
Niekoniecznie. Porażka Obamy może okazać się „błogosławieństwem”. Obama prowadził niezwykle centrową politykę, przez co – jak powiedział mi amerykański politolog David Ost – uśpił swoich zwolenników i Partię Demokratyczną. Uśpił na tyle skutecznie, że dziś bardzo ciężko przychodzi mu mobilizować swoich zwolenników. Jeśli kolejne cztery lata miałyby polegać na dreptaniu w miejscu, to pytanie jest zasadne: po co Obamie władza?
Za to duet Romney&Ryan nie ma powodów, by nie wprowadzić swoich postulatów w życie. Tym bardziej, że obaj są zakładnikami radykałów z Tea Party, dla których rząd federalny to wcielony diabeł.
Jak zauważa Richard T. Ford, profesor prawa Uniwersytetu Stanforda: „ci ekstremiści, którzy chcą faktycznie rządzić Stanami Zjednoczonymi, wierzą w tę najbardziej surową i ekstremalną wersję wolnego rynku”. W kwestii wiary fundamentalizm wolnorynkowy „herbaciarzy” niewiele się różni od fundamentalizmu islamskiego. Tu nie ma miejsca na kompromisy.
Polityczny plan Romneya jest prosty i zbieżny z postulatami „herbaciarzy”. Sprowadza się do dwóch kwestii: obniżenia podatków bogatym i cięć wydatków socjalnych. „Terapia szokowa”, jaką w dobie kryzysu proponuje Amerykanom Romney, może podziałać na nich otrzeźwiająco. Może też doprowadzić do sytuacji, że w końcu w Ameryce powstanie ruch lewicowo-liberalny, który stanie się realną przeciwwagą dla Tea Party.
Chyba, że Obama jednak wygra...