Dziwne to uczucie, gdy budzisz się dzień po końcu świata. Znaczy, że wszystko będzie tak, jak było? Nie do końca.

REKLAMA
Otóż koniec świata nie mógł nastąpić wczoraj, gdyż koniec świata już dawno miał miejsce. Tyle, że my go przeoczyliśmy. Pozbawieni tej świadomości, wciąż więc żyjemy tak, jakby nic się nie stało. Przecież, mówimy, słońce wciąż wschodzi. Dzieci wciąż jeszcze piją rano kakao. Piekarze wciąż jeszcze pieką chleb. Skowronki wciąż jeszcze śpiewają...
Gdzież więc ten koniec świata? Gdzie ta ziemia się rozstępująca? Gdzież te grzmoty z nieba? Gdzie te wody zalewające nasze domostwa? Gdzież te trąby niszczące nasze miasta?
Końca świata nie zauważyliśmy, gdyż ten przyszedł po cichu. Niczym złodziej, w nocy, i zabrał nam to, co, jak się zdawało, jest nam drogie: nadzieję, że jutro będzie lepiej. Inna sprawa, że nie mogliśmy go zauważyć, gdyż to my ludzie, kobiety i mężczyźni, jesteśmy tymi, którzy ten świat zniszczyli. A nie mogliśmy tego zauważyć, gdyż destrukcja polegała tu na tworzeniu – budowaniu świata, w którym życie staje się nie do zniesienia. Świata, gdzie niesprawiedliwość, cynizm, żądza władzy i nienawiść organizują nasze społeczne życie.
Powie ktoś: nie ma innego świata, a pobożne narzekanie nic sprawie poprawy losu ludzkiego nie przynosi. Jasne: nie ma powrotu do raju raz utraconego. Jest za to powrót do myślenia o świecie, w którym chciałbyś, aby rodziły się, dorastały i pracowały Twoje dzieci. Do myślenia o świecie, który nie kończy się na Tobie.
Jest więc pożyteczne, aby rzeczywiście ogłosić koniec świata, jaki znamy i jaki zbudowaliśmy. Bo tylko wtedy, jak się zdaje, możliwa jest budowa świata, jakiego nie znamy. Lepszego świata. Świata, w którym osią naszych relacji będzie nadzieja, solidarność i odwaga.
I budowy takiego świata, razem, życzę Czytelniczkom i Czytelnikom NaTemat.pl .