
Widziałem cud. I to faktycznie "cud nad Wisłą". Widziałem kolejkę po bilety na wystawę malarstwa w Muzeum Narodowym w Warszawie. Moja wiara w to, że jeszcze jacyś Polacy interesują się sztuką wzniosła się ku niebiosom. Za tym objawieniem stoi postać artystki wyjątkowej - Olgi Boznańskiej.
REKLAMA
Generalnie moje zdanie o smaku artystycznym Polaków jest bardzo złe. Jesteśmy mistrzami bałaganu wizualnego, obciachu i odpustowych klimatów. Dlatego też bez obaw szedłem do Muzeum Narodowego w Warszawie (MNW) z rodziną. Ot, podejdziemy do kasy, przejdziemy po wystawie i gotowe. Już okolice budynku MNW zrodziły moje obawy - czemu tu jest tylu ludzi? Może jarmark wielkanocny, którym Muzeum ratuje budżet? O ile przed budynkiem byłem zaniepokojony, to w środku przeżyłem wstrząs. Poczułem się jak "Bitwa pod Grunwaldem" przed konserwacją. Zmiażdżony.
Kolejka i to dwukrotnie zawinięta, czekała karnie na bilety na Boznańską!
To zbyt wspaniałe, aby było prawdziwe, ale naprawdę tak było, co dokumentuję fotosem powyżej. Tytułowy "dziki tłum" był tym razem bardzo odległy od znanych nam gatunków polskich dzikich tłumów, takich jak "kibolski", "patriotyczno-marszowy", "górniczy" czy "biednych rolników".
Sama wystawa domaga się krótkiej recenzji, bo budzi podziw dla profesjonalizmu polskich muzealników. Warto wydać te 50 zł na bilet rodzinny i iść "na Boznańską".
Argumenty?
Po pierwsze: 50 zł na 3 osoby to dwukrotnie mniej niż bilety dla 3 osób do Cinema City + popcorn.
Po drugie. To wielokrotnie większe przeżycie estetyczne niż "Transformers 4" (lub "5" i "6")
Po trzecie. Wystawa w MNW odkrywa dla każdego widza, jaką mistrzynią była Boznańska. Ekspozycja prezentuje w sposób bardzo przemyślany, twórczość malarki, która nie jest przecież dla Polaków tak "oczywista" jak Matejko. Taka "widmowa postać". "Słynną malarką była", ale co malowała i po co, generalnie mało kto wie. Dlatego to może być dla każdego z Was prawdziwe odkrycie. Tym większe, że obrazów tej malarki praktycznie nie mieliśmy szans oglądać w kraju. Wystawa pokazuje obrazy Boznańskiej wydobyte z magazynów muzeów narodowych Warszawy i Krakowa, oraz dotychczas niedostępne obrazy z kolekcji prywatnych.
Po czwarte. Godna pochwały jest budowa wystawy. Wędrując przez sale wystawowe, idziemy drogą wyznaczaną przez kolejne lata życia Boznańskiej i zmiany w jej stylu. Zaczynała jako malarka poprawnych portretów w stylu realizmu końca XIX wieku. Potem pojawia się kolor i emocja, by wejść w ostatni okres. W nim królują "brudne" barwy i mistrzostwo każdego ruchu pędzlem. To fascynujące, że Boznańska potrwafiła jednym machnięciem zbudować na płótnie twarz modela. Im później, tym częściej ignorowała jakość materiału na jakim tworzyła. Nie bawiła się w gruntowane płótna, ale malowala na deskach, kartonach. Konserwatorzy rwą dziś włosy z głowy, bo zabezpieczenie kartonu sprzed 100 lat to "Mision Impossible 6". Plotka głosi nawet, że malarka wynajdywała te kartony na śmietnikach, bo nie chcialo jej się kupować ich w sklepach. Ale to plotka.
Po piąte.. Mistrzostwo muzealników polskich. Dla mnie, gdyby były mistrzostwa świata w wystawach, nasi byliby napewno na podium. Warszawska (wcześniej w Krakowie) wystawa nie jest zbiorem smutno powieszonych na ścianach obrazków, co powiszą trzy miesiące, a potem się je zdejmie. Wystawie towarzyszy rozbudowany program edukacyjny. Przygotowano wykłady dla dorosłych, młodych i dzieciaków, gratisowe oprowadzania po wystawie przez kustoszy, pokazy, dyskusje, prezentacje. Do tego katalog, książka i masa gadżetów - od papeterii, przez ołówki, zakładki, po gustowne pudełka z obrazami Boznańskiej. Do tego znakomicie przygotowana kampania reklamowa w mediach. Tak zrobionej wystawy nie powstydziłby się Luwr.
Po szóste (już kończę!). Rzadka okazja by zobaczyć obrazy Maneta, Whistlera i Velasqueza. Nie jest tajemnicą, że wojny - zwłaszcza druga światowa - spowodowały stratę tysiecy dzieł z muzeów polskich. W czasie II WŚ Niemcy i Rosjanie ukradli/zniszczyli/wywieźli* (właściwe podkreślić) 600.000 polskich obiektów sztuki! Dlatego każda wizyta mistrza u nas jest smakowitym kąskiem. A na wystawie Boznańskiej udało się pokazać kilku mistrzów, którzy ją inspirowali. Szczegolnie ważne są obrazy Diego Velasqueza, Edouarda Maneta i Jamesa Whistlera. Jeżeli ktoś nie zna tych nazwisk, to dam zachęcające porównania. Velsquez jest tym dla Hiszpanii czym Rafael dla Włoch. Manet to prekurson impresjonizmu - autor reprodukowanego wszędzie i zawsze "Śniadania na trawie". Whistler, zaś to amerykański geniusz stonowanych portretów.
Podsumowując. Nawet jeżeli nie interesuje was sztuka, a malarstwo porusza was tak samo, jak życie płciowe muchówek, to warto pójść na Boznańską w Warszawie.
Jeżeli ktoś przeżyje zbyt duży wstrząs artystyczny, zawsze może wybrać się na mecz Legii dla zrównoważenia.
Ale to też może być wstrząs. Nawet mózgu.
Jeżeli ktoś przeżyje zbyt duży wstrząs artystyczny, zawsze może wybrać się na mecz Legii dla zrównoważenia.
Ale to też może być wstrząs. Nawet mózgu.
