Tego się można było spodziewać. Debata o scenariuszu wystawy stałej w Muzeum Śląskim, poświęconej historii Górnego Śląska, przyciągnęła towarzystwo po części dość osobliwe. Na Sali Sejmu Śląskiego (zdaniem jednego z uczestników nazywanej tak bezpodstawnie, bo dziś Sejmu Śląskiego już nie ma) pojawiło się niemal w komplecie grono zaprawionych w bojach obrońców polskości regionu nieskalanej niczym Najświętsza Panienka.
REKLAMA
Dyskusji o scenariuszu, wyłonionym przez sąd konkursowy, było niewiele. Za to bon motami i złotymi myślami można by obdzielić kilka podobnych spotkań. Czegóż nie można się było dowiedzieć. Na ten przykład ja dowiedziałbym się kilku nowych rzeczy o sobie, gdyby nie to, że o mej podłej kondycji volksdeutscha, renegata, separatysty i wiarołomcy słyszałem już wielokrotnie.
Było jednak wiele bardziej interesujących wątków. Profesor Franciszek Marek – ten sam, który wsławił się twierdzeniem, że Ślązak stając się Niemcem traci człowieczeństwo – opowiedział zebranym o swoim wujku. Wujek był złym człowiekiem, bo choć nazywał się Naczynski, uważał się za Niemca. Tak więc pan profesor, dziecięciem jeszcze będąc, a nie luminarzem nauki, wujka nie odwiedzał. Już wtedy bowiem wiedział, że Ślązacy od wieków zawsze Polakami byli, tak więc na Górnym Śląsku nie nastąpiło odrodzenie narodowe, lecz odrodzenie moralne. A kto w sobie Polaka w ramach owego katharsis nie odkrył, ten świnia niegodna wizyty krewniaka.
Do etycznych rozważań profesora Marka przyłączyła się Jadwiga Chmielowska – styropianowa Madonna z Sosnowca, ucieleśnienie kombatanckiego etosu niedocenionych działaczy pierwszej „Solidarności”. Panią Chmielowską zainspirowała opowieść przedstawiciela mniejszości niemieckiej o ekspozycji poświęconej powstaniom śląskim w muzeum na Górze św. Anny. Wydarzenia 1921 roku ukazano tam z perspektywy dwóch matek, z których każda straciła syna – jedna po polskiej, druga po niemieckiej stronie konfliktu. Pomysł ten wzburzył panią Jadwigę, postanowiła zatem podzielić się z zebranymi spostrzeżeniem, że niemiecka matka na empatię nie zasługuje, bowiem w 1933 roku zapewne głosowała na NSDAP.
Stołecznym sznytem błysnął redaktor Piotr Semka z „Uważam Rze”. Zebranych poinformował, że bez względu na indywidualne przekonania jako Ślązacy są szczepem narodu polskiego, zasugerował zwolnienie dyrektora Muzeum Śląskiego niejakiego „Jedlińskiego” (który w istocie nazywa się Jodliński), po czym z poczuciem wypełnionej misji udał się na pociąg do Warszawy. W dalszej części dyskusji godnie zastępował go wicewojewoda Piotr Spyra, który argumentował, że krew przelana za polskość Śląska zobowiązuje nas do przedstawienia historii regionu z polskiej perspektywy. Bo wszak historia może być polska lub niemiecka, tak jak fizyka, złota jesień czy węgiel, w zależności od tego, po której stronie granicy wydobywany. Wojewoda mówił też coś o konieczności hołdowania „polskiej tradycji patrzenia na historię Śląska”, która w świetle jego wypowiedzi wydaje się być czymś w rodzaju historycznego astygmatyzmu.
No i wreszcie clou programu – propozycja Tadeusza Kijonki, redaktora miesięcznika „Śląsk”, by „relikwią Muzeum Śląskiego” stała się gilotyna, przy pomocy której w katowickim więzieniu wykonywane były wyroki śmierci podczas okupacji. Panie Redaktorze, dlaczegóż tylko relikwią? Niech będzie to symbol amputacji wszystkich niepolskich wątków historii Górnego Śląska. Po wsze czasy, amen.
