Piotr Semka od pewnego czasu żyje w poczuciu głębokiej znajomości spraw śląskich. Przekonanie to znajduje swój wyraz w aktywnym udziale pana redaktora w debatach poświęconych górnośląskiej tożsamości - ostatnio w dyskusji o wystawie stałej w nowej siedzibie Muzeum Śląskiego. Piotr Semka pofatygował się nawet do Katowic, by osobiście pouczyć miejscowych, a swe przemyślenia rozwinął na łamach tygodnika „Uważam Rze”.
REKLAMA
W tekście „Ogon nadal macha psem” przedstawił interpretację sytuacji, dokonaną według charakterystycznego dla siebie klucza. Nie zamierzam z nią w tym miejscu polemizować. Ograniczę się do wskazania momentów, w których autor myli się na poziomie elementarnych faktów.
I tak w odniesieniu do reaktywowanego w 1984 roku Muzeum Śląskiego pisze: „Była to lokalna filia Muzeum Narodowego w Warszawie (…)”. Fałsz – katowickie muzeum nigdy nie miało takiego statusu. Dalej czytamy: „Dopiero w 2005 r. idea Muzeum Śląskiego jako placówki ukazującej dzieje regionu powróciła”. Tym razem przekłamanie podwójne. Po pierwsze, idea nie mogła powrócić, skoro wcześniej jej nie było – w przedwojennym muzeum nie przewidywano wystawy poświęconej historii Górnego Śląska. Po drugie, także w roku 2005 nie znalazła się ona w założeniach programowych placówki. Ekspozycję historyczną uwzględniono dopiero po objęciu stanowiska dyrektora przez Leszka Jodlińskiego.
I tak w odniesieniu do reaktywowanego w 1984 roku Muzeum Śląskiego pisze: „Była to lokalna filia Muzeum Narodowego w Warszawie (…)”. Fałsz – katowickie muzeum nigdy nie miało takiego statusu. Dalej czytamy: „Dopiero w 2005 r. idea Muzeum Śląskiego jako placówki ukazującej dzieje regionu powróciła”. Tym razem przekłamanie podwójne. Po pierwsze, idea nie mogła powrócić, skoro wcześniej jej nie było – w przedwojennym muzeum nie przewidywano wystawy poświęconej historii Górnego Śląska. Po drugie, także w roku 2005 nie znalazła się ona w założeniach programowych placówki. Ekspozycję historyczną uwzględniono dopiero po objęciu stanowiska dyrektora przez Leszka Jodlińskiego.
A propos dyrektora – miło, że Piotr Semka nauczył się jego nazwiska, w poprzednich tekstach pojawiał się bowiem niejaki Jedliński. Na tym jednak nie koniec kłopotów pana redaktora z nazwiskami – z Andrzeja Krzystyniaka, pełnomocnika marszałka, uczynił Krzysztyniaka. O ile błędy te złożyć można na karb zwykłego niechlujstwa, o tyle kolejny uznać wypada za próbę manipulacji. Oto bowiem autor twierdzi: „wystawa miała poświęcić tyle samo miejsca Śląskowi pod władzą Rzeczypospolitej i tej części Górnego Śląska, jaki pozostał [tak w oryginale – JG] pod władzą Niemiec”. Tymczasem wytyczne do scenariusza wystawy nie określały tego typu proporcji.
Wyraźne problemy sprawia panu redaktorowi Semce dualistyczny – rządowo-samorządowy – charakter województw. Z tekstu w „Uważam Rze” wynika, że marszałek województwa powołał pełnomocnika, który w pracach sądu konkursowego uczestniczyć miał z ramienia …wojewody. Kilkukrotne powtórzenie tej rewelacji wyklucza przypadkowy lapsus. Co więcej, Piotr Semka twierdzi, że to wojewoda rozpisuje konkurs na dyrektora muzeum należącego do samorządu województwa. W „gronie wyłaniających zwycięzcę” zdaniem pana redaktora „większościowy udział” mają „urzędnicy wojewódzcy”. Jak jest w rzeczywistości innej niż ta stanowiąca wytwór wyobraźni dziennikarza – tej wynikającej z przepisów prawa? Na jedenastu członków komisji konkursowej trzech delegowanych jest przez organ założycielski, reprezentowany przez zarząd województwa.
Problemy z matematyką zdarzają się Piotrowi Semce częściej. Pisze on np., że RAŚ w sejmiku województwa śląskiego ma trzech radnych – w rzeczywistości ma czterech. Deficyty w zakresie rachunków pan redaktor nadrabia fantazją, samodzielnie kreując fakty, które następnie poddaje interpretacji. I tak informuje o pikiecie RAŚ w Rybniku przeciwko świętowaniu 90-lecia jednego z liceów (szkoła ma dłuższą historię), którą jakoby „powszechnie wyśmiano”. Cóż z tego, że pikiety takiej nigdy nie było – nawet w planach. Wszak śmiech to zdrowie.
Kolejna pięta achillesowa redaktora Semki to chronologia. Autor przedstawia nam następującą sekwencję zdarzeń – marszałek ustanawia pełnomocnika ds. muzeum (tego, który ma reprezentować zdaniem dziennikarza wojewodę), RAŚ zarzuca próbę wywierania politycznych nacisków na naukowców pracujących nad założeniami wystawy i wtedy wkracza lokalna dziennikarka, by „przekłuć balon oburzenia” i zdemaskować powiązania współpracujących z muzeum historyków z RAŚ. Cóż za dramaturgia. Aż szkoda, że publikacja, stanowiąca trzeci element opisanego łańcucha zdarzeń, w realnym świecie miała miejsce na jego początku.
Sporo tego jak na jeden tekst. Na ile wiarygodne są tezy oparte na analizie faktów, które nie miały miejsca, a jeżeli miały, to w innym czasie i innych okolicznościach? Osądźcie sami.
