Z nielicznymi wyjątkami reprezentanci naszego regionu w Warszawie wytrwale ćwiczą się w sztuce politycznej mimikry. Bardziej gorliwi przyjmują rolę ornamentatorów z wiersza Zbigniewa Herberta, co to „robią wstążki a na wstążkach napisy krzepiące”.

REKLAMA
Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi byłem świadkiem sceny tyleż osobliwej, co pouczającej. Poseł rządzącej partii, od kilku kadencji sprawujący swój mandat, wobec kilkudziesięciu zgromadzonych na sali osób utyskiwał na Ruch Autonomii Śląska. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani zdrożnego, każdy wszak ma prawo do krytyki. Parlamentarzysta nie zamierzał jednak wykazywać słabości programu czy niestosowności form działania autonomistów. Jego dyskomfort wynikał z niepożądanej zmiany tematyki rozmów, prowadzonych z głową państwa podczas jej wizyt w zameczku w Wiśle. Niegdyś – z nostalgią wspominał poseł – dotykały one jakże ważkich z punktu widzenia interesów Rzeczypospolitej problemów polowań na dzikiego zwierza. A także niewątpliwych uroków beskidzkiego krajobrazu. Tymczasem autonomiczny ferment na Górnym Śląsku skłonił Bronisława Komorowskiego do zadawania posłowi kłopotliwych pytań: „Czegóż ci Ślązacy chcą?”. Poseł nie czuł się z tym dobrze, wolał bowiem opowieści o myśliwskich trofeach. Bez zrozumienia przyjął więc moje dociekania, jak to możliwe, że przez kilkanaście lat posłowania nie usiłował wytłumaczyć w Warszawie, czego chcą Ślązacy.
Jeżeli coś wyróżnia rzeczonego posła spośród gromady parlamentarzystów z Górnego Śląska, to niefrasobliwość, z jaką swe zaniechanie usiłował zaprezentować jako cnotę. Z nielicznymi wyjątkami reprezentanci naszego regionu w Warszawie wytrwale ćwiczą się w sztuce politycznej mimikry. Bardziej gorliwi przyjmują rolę ornamentatorów z wiersza Zbigniewa Herberta, co to „robią wstążki a na wstążkach napisy krzepiące”. A prezydenci, premierzy i ministrowie chętnie pozwalają pieścić swe uszy lukrowanym historiom z odległej prowincji. Lubią, gdy tłumaczy się im, że śląska odrębność to wyłącznie kostium. Kto nie lubi słuchać kojących wieści?
W ten oto sposób, za pośrednictwem naszych przedstawicieli, wypisujemy się z polskich dziejów i polskiej świadomości. W szkolnych podręcznikach Górny Śląsk zredukowany został do kilku płaskich obrazków. W publicznych mediach region uwzględniany jest głównie przy ściąganiu abonamentu. Kiedy 7 lutego „Wiadomości” TVP prezentowały materiał w rocznicę zakończenia bitwy pod Stalingradem, ani słowem nie wspomniano, że historia ta dotyczy tysięcy Ślązaków, Kaszubów, Mazurów i Wielkopolan. Mieliśmy za to okazję posłuchać wnuczki Rokossowskiego i opowieści o dokonaniach snajpera Zajcewa. Dzień Pamięci o Tragedii Górnośląskiej 1945 w mediach ogólnopolskich przechodzi niezauważony, choć obszernie informują one o kolejnych rocznicach deportacji 1940 roku z dawnych Kresów Wschodnich. To wykluczenie dotyczy również spraw bieżących. Codzienne dogorywanie zdewastowanego rabunkową eksploatacją węgla Bytomia, wzbudza mniejsze zainteresowanie niż uszkodzenie dwóch kamienic przy budowie warszawskiego metra.
Tłumaczenie arogancją Warszawy tej górnośląskiej nieobecności, od której czyni się wyjątek z okazji spektakularnych katastrof, stanowi tanią wymówkę. Trudno liczyć na objęcie naszych spraw horyzontem polskiej wyobraźni, skoro delegowani przez nas do stolicy reprezentanci mają w zwyczaju mówić w regionie, a w Warszawie słuchać.