Kto lubi jeść dobrze, może z głodu umrzeć. Konfucjusz

REKLAMA
Są takie smaki, produkty, których nie można kupić. Nie chodzi o ich dostępność na rynku – bo w każdym sklepie można je dostać - ani o zasobność portfela – bo są to rzeczy niedrogie - ale o smak. Dla mnie jedną z takich rzeczy są małosolne ogórki, ale takie naprawdę mało – małosolne. Znajomi śmieją się czasem ze mnie, że najbardziej lubię je już na drugi dzień po włożeniu do słoja. Teoretycznie można je kupić. Jest ich bez liku na targowych straganach i w sklepach. Alma także ma je w swoim asortymencie, ale… no właśnie, ale… Estetycznie wyeksponowane, sterylnie przechowywane, aromatyczne, ale jednak kupowane. Ze względu na łatwość „produkcji” i niewątpliwą urodę słoja z takimi ogórkami uważam, że jest to rzecz, którą należy zrobić samemu, w oparciu o własne receptury.
Kiedyś przygotowanie takich ogóreczków było prawdziwym wyzwaniem i rytuałem. Otóż najpierw trzeba było zdobyć słoiki i nakrętki lub jeszcze wcześniej szklane wieczka i osprzęt. Później je wyparzyć. Następnie kupić ogórki od chłopa na targu - koniecznie niepryskane - i znów moczenie, mycie, szorowanie. Później zalewa. Kto szczęściarz i na wsi mieszkał, ten wody ze studni używał, a znam takich co i ze strumienia. Kto z miasta, ten ogórki małosolne kranówą zalewał. A do zalewy chrzanu trzeba było ukopać i obrać, czosnku, koperku, sól odpowiednią kupić - kamienną najlepiej, wielicką - i już ogórki lądowały w słoju i kąpały się na oknie w słońcu i zalewie. Na szczęście na efekty nigdy nie trzeba było długo czekać i już trzeciego dnia można było degustować ze smakiem.
Świeże zioła z własnego ogrodu, to druga z tych rzeczy trudnych do kupienia. I znów – są w sprzedaży zioła w doniczkach. Listki piękne i równiutkie, doniczki czyste, więc czego im brakuje? Porannej rosy, kiedy w sobotni poranek – jeszcze w szlafroku - idę do ogrodu i skubię parę listków bazylii i szczególnie lubianej przeze mnie kolendry, koniecznie gałązkę, albo dwie tymianku, do tego sporo macierzanki, miętę do zaparzenia. Jeszcze nie mam gotowego pomysłu na śniadanie, ani jakie mięso natrę tymi ziołami na obiad, ale skupienie się na tych problemach pozwala kompletnie oderwać się od tych wielkich i większych spraw. Takich kilkanaście minut o poranku w ogrodzie ustawia całą sobotę na właściwe tory. Jestem ledwie małą cząstką świata, zależny od pogody i tego, czy do małosolnych ogórków urósł już koper. Smak dwudniowych małosolnych staje się ważniejszy od koniunktury na giełdzie. Jeśli okaże się niedostatecznie doskonały, to zły jestem na siebie, że czegoś nie dopilnowałem, że kupiłem nie takie ogórki jak należy? Wyrzucam sobie, że dałem sól warzoną, a nie szarą, kamienną. Może czosnku za mało, chrzanu? I tak rozmyślam, analizuję, smakuję i przez krótką chwilę jest to moje jedyne zmartwienie.
Są oczywiście i takie rzeczy, których nie wyhoduję we własnym ogrodzie, a które są niezbędne do przyrządzenia najprostszej wydawać by się mogło potrawy – makaronu… z białą truflą (pasta fresca con tartufo). Jego smak i zapach nie ma sobie równych a fakt, że ledwie parę razy w roku zdarza mi się go jeść, czyni go jeszcze bardziej niezwykłym i jeszcze bardziej zaostrza apetyt na ten specjał. I tu podobnie, smaku dodaje fakt, że można samemu się przyczynić do jej powstania. Bo jeśli już uda się odszukać choć jedną trufelkę, która później posłuży do przygotowania dania, to satysfakcja jest niesamowita.
Bo te starania, kilkumiesięczne czekanie choćby na prawdziwe, ze słońca zbierane truskawki z dobrą śmietaną, albo na trwający ledwie parę tygodni czas szparagów jest najbardziej ekscytujące. Czy zgodzą się Państwo ze mną, że cały czar takich rzeczy – od ogórków po dwa złote za kilo, po truflę za siedem tysięcy euro – tkwi w czekaniu na nie? Cóż to za pomidory kupowane w lutym albo długaśne ogórki z hiszpańskiej szklarni – i nie rzecz w tym, że niesmaczne, choć zwykle faktycznie niesmaczne - rzecz w tym, że nie musimy na nie czekać. Moim zdaniem urok życia, co przecież tak pięknie opisał Antoine de Saint - Exupery w „Małym Księciu”, polega na czekaniu i nieważne, czy czekam jeden dzień na ukiszenie małosolnego, czy prawie rok na truflę. Czekam, bo to lubię i uważam, że czekać warto.