"Z tego względu, że jest to miasto składające się z wielu warstw, można powiedzieć, że ma w sobie kilka miast" Manuel Vázquez Montalbán
REKLAMA
Pisałem ostatnio o Woodym Allenie i jazzie. Pozostając w tym nastroju, wiedziony zmysłowymi rytmami piosenki z filmu pt. ,,Vicky, Cristina, Barcelona” postanowiłem spędzić z żoną weekend właśnie w Barcelonie.
http://www.youtube.com/watch?v=1OocAhCL88k
Miasto to było natchnieniem dla wielu artystów jak choćby: Gaudiego, Picassa, Dali’ego, Domenecha, Montanera, czy Miro. Opisywali je: Trocki, Orwell, Montalban, czy Zafon. I nic dziwnego, bo Barcelona to aleje prowadzące do morza, do eleganckiego portu jachtowego, złocistych plaż, to także zachwycająca architektura jak: kościół Sagrada Familia, Casa Batllo, Casa Mila, czy Park Guell odzwierciedlający bajkową fantazję Gaudiego.
Pisząc jednak o tym mieście, nie można zapomnieć o jego różnorodności, bo oprócz przepychu rzadkością nie są tu biedne, tzw. „kolorowe” dzielnice jak Ravel. Barcelona to istny tygiel kulturowy. W wąskich uliczkach mieszkają imigranci z Andaluzji i innych uboższych regionów Hiszpanii, z Afryki czy wreszcie od niedawna: Pakistańczycy, Arabowie, Turcy czy Hindusi. Ta mieszanka kultur i nacji sprawia, że miasto jest bardzo barwne. Cytując Montalbana - „to miasto, które ma w sobie wiele miasta” - trudno o lepsze podsumowanie.
Pisząc jednak o tym mieście, nie można zapomnieć o jego różnorodności, bo oprócz przepychu rzadkością nie są tu biedne, tzw. „kolorowe” dzielnice jak Ravel. Barcelona to istny tygiel kulturowy. W wąskich uliczkach mieszkają imigranci z Andaluzji i innych uboższych regionów Hiszpanii, z Afryki czy wreszcie od niedawna: Pakistańczycy, Arabowie, Turcy czy Hindusi. Ta mieszanka kultur i nacji sprawia, że miasto jest bardzo barwne. Cytując Montalbana - „to miasto, które ma w sobie wiele miasta” - trudno o lepsze podsumowanie.
Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie La Rambla. Z poprzednich wizyt zapamiętałem ją jako coś fascynującego, jako ulicę na której tętniło życie Barcelony. Niestety dzisiejsza La Rambla niczym nie przypomina tamtej sprzed lat. Mimo, że nadal jest wymieniana w przewodnikach jako główna atrakcja Barcelony to dla mnie ta ulica jest po prostu odpychająca i brudna. Nie mógłbym tam niczego zjeść ani wypić, po prostu estetyka tego miejsca na to nie pozwala. Do tego ceny nieadekwatnie wysokie, a niemal każdy sklepik, czy knajpka reklamuje się cyrylicą! Lepsze wrażenie wywarł na mnie targ La Boqueria. Bazarek powstał podobno w 1217 roku i dzisiaj nie przypomina już tego historycznego placyku, na którym cała Katalonia handlowała świniami. Niewątpliwie dzisiaj jest to największe miejsce handlowe w Barcelonie i duża atrakcja dla turystów.
Barcelona ma wiele zalet, poza tym, że jest barwna, różnoraka, piękna o każdej porze roku, nie sposób pominąć także takich atutów jak: muzyka flamenco, czy kubańska salsa, która rozbrzmiewa na niemal każdej uliczce. Tym co przyciąga rzesze turystów jest także katalońska kuchnia.
Dla tej ostatniej warto postawić na Barcelonę planując wakacyjne wojaże. Z całą pewnością nie brakuje tu restauracji i barów, w których można smakować tapas i innych specjałów. Zależało nam jednak na kuchni tradycyjnej, określanej mianem Mar i Muntanya (morze i góry), kuchni wykorzystującej aromatyczne górskie zioła, oliwę, dziczyznę, drób i mięso, morskie ryby oraz skorupiaki.
Dla tej ostatniej warto postawić na Barcelonę planując wakacyjne wojaże. Z całą pewnością nie brakuje tu restauracji i barów, w których można smakować tapas i innych specjałów. Zależało nam jednak na kuchni tradycyjnej, określanej mianem Mar i Muntanya (morze i góry), kuchni wykorzystującej aromatyczne górskie zioła, oliwę, dziczyznę, drób i mięso, morskie ryby oraz skorupiaki.
Kierując się tym kryterium zaryzykowaliśmy i jako miejsce kolacji wybraliśmy tajemniczą Restaurację Montiel, którą polecił nam znajomy Katalończyk. Cóż może kryć się pod tajemniczą nazwą - pomijaną przez przewodniki, nieznaną hotelowemu concierge’owi, ani (o dziwo!) taksówkarzom? Miałem nadzieję, że miejsce omijane przez turystów, a więc nieskażone nawykiem podawania tego co się dobrze sprzedaje, nie „zmakdonaldyzowane”, za to pełne tradycyjnych receptur i aromatów.
Taksówkarz nerwowo wpisywał adres w GPS, kręcąc głową z rezygnacją. Okazało się, że restauracja jest usytuowana przy wąskiej uliczce Flassaders, do której nie da się dojechać, a więc dostanie się do niej sprawiło nam trochę kłopotu. Chociaż wcale nie było to takie łatwe, to przed 21:00 dotarliśmy pod wskazany adres.
Wnętrze mnie nie zachwyciło, było raczej surowe i skromne. Ciekaw byłem jednak sztuki kulinarnej tym bardziej, że na drzwiach wejściowych widniała rekomendacja Slow Food.
Wnętrze mnie nie zachwyciło, było raczej surowe i skromne. Ciekaw byłem jednak sztuki kulinarnej tym bardziej, że na drzwiach wejściowych widniała rekomendacja Slow Food.
Długo zastanawialiśmy się czy wybrać popisowe menu degustation, ostatecznie jednak postawiliśmy na dania z karty. Najpierw na stole pojawiła się przystawka: małże okładniczki - przez Anglików nazywane Razor Clams z uwagi na to, że mają kształt brzytwy. Świeże, podane z natką pietruszki- wyborne.
Później przyszedł czas na pierożki nadziewane kaczką, jabłkami i foie gras, które były po prostu zdumiewająco dobre. Delikatne ciasto, idealnie doprawiony farsz i pyszny, gęsty sos zaprawiony porto, to recepta na kulinarny sukces tego dania. Żona zamówiła także potrawę, która idealnie oddaje istotę kuchni katalońskiej - risotto z pikantnym chorizo i homarem. Smakowite połączenie pikantnych akcentów chorizo i delikatnego, słodkawego homara naprawdę ją ujęło.
Postanowiliśmy też spróbować tzw. mlecznego prosiaczka. Byłem przekonany, że to danie się nie obroni. Próbowaliśmy go już w różnych miejscach świata, jak na przykład na Bali, gdzie pod nazwą „babi guling” kryje się - ulubione przez Balijczyków - pieczone prosię, podawane z ryżem lub ziemniakami, oraz warzywami. Miałem przyjemność spróbować także tradycyjnego prosiaka bawarskiego i nie przyszło mi do głowy, że prosiak kataloński zdegraduje te - jak dotąd - najwyżej przeze mnie oceniane. Mięciutkie mięsko, chrupiąca skórka sprawiły, że tak się jednak stało.
Dlaczego warto zapamiętać ten adres i wziąć udział w tej kulinarnej podróży? Otóż dlatego, że w tym przypadku jest to podróż w I klasie, podczas której towarzyszyć nam będzie świetny szef kuchni, doskonale skomponowane menu, świeże i dobrze wyselekcjonowane składniki potraw, okazała karta starannie wyselekcjonowanych win z małych, hiszpańskich produkcji i uważny, nienachlany personel. Mimo, że wnętrze restauracji nie powala, to już potrawy serwowane przez szefa kuchni Montiel- Ferrana Bofarulla są godne Wersalu.
Po powrocie w skrzynce mailowej znalazłem list z podziękowaniem od managera restauracji. To bardzo miły akcent, świadczący o wielkiej gościnności gospodarzy tego miejsca. Tym razem to ja dziękuję za wysoki, europejski standard.
Gorąco polecam i que aproveche!
Gorąco polecam i que aproveche!
