Kiedy byłem dzieckiem smak konfitury z malin przenosił mnie w czasie do słonecznych wakacyjnych miesięcy, gdzie nie liczyło się nic poza leniwą chwilą, z bzyczeniem pszczół latających pośród malinowych krzaków, ze słońcem odmierzającym godziny i złotym kolorem pól oznajmiającym nadejście jesieni…

REKLAMA
Lato rozpieszcza nas obfitością naturalnych witamin i cukrów. Na brak owoców i warzyw nie można narzekać. Marzymy jednak o zatrzymaniu smaków lata na dłużej. Sposobem na to są weki.
W sklepach możemy znaleźć bogatą ofertę przetworów. Jednak najpyszniejsze są zawsze te zrobione samodzielnie, według receptury babci, czy mamy. Pamiętam, że z końcem lata temperatura w domu rodzinnym podnosiła się z powodu słoiczków bulgocących w wielkich garnkach. Za sprawą tego prostego rytuału przetwory pozostawały świeże na długie miesiące. Na każdy słoiczek trafiała ręcznie robiona etykietka: powidła śliwkowe, jabłka z cynamonem, konfitura z wiśni, sok z malin lub z pomidorów, pikle, ogórki kiszone, dżemy z brzoskwiń, galaretka z agrestu, grzybki i inne frykasy. Babcia okrywała nakrętkę haftowaną serwetką i zawiązywała sznureczkiem, przez co weki wyglądały jak prawdziwe, misternie wykonane dzieła sztuki ludowej.
Pomaganie przy robieniu przetworów w dzieciństwie ograniczało się do mycia słoików, owoców czy warzyw i było istną zmorą. Marzyłem wtedy o grze w piłkę nożną czy w kapsle. Za to później zimą, kiedy śnieg pokrywał wszystko po horyzont siadałem w ciepłym mieszkaniu i zanurzając łyżeczkę w słoiczku błogosławiłem mój mały wkład w to przedsięwzięcie i ten dzień, w którym powstały te pyszności.
Dzisiaj mam szczególny sentyment do domowych przetworów. Wiadomo, że nie przygotowuje się już ich tyle co w czasach kiedy sklepowe półki świeciły pustkami, jednak zrobienie tych kilku słoiczków - na specjalną okazję - jest obowiązkowym minimum. Ogórki z liściem dębu, czy czarnej porzeczki, chrzanem i koperkiem z ogrodu, jabłka na domową szarlotkę, czy buteleczka soku z malin na wypadek zimowego przeziębienia, to smaki nieporównywalne z żadnymi innymi. Żadne ogórki nie smakują tak wybornie jak te robione przez moją żonę, a konfitura jej mamy nie ma sobie równych.
Nie wyobrażam sobie zimy bez tych przysmaków i dlatego nie rozumiem, dlaczego coraz więcej osób odchodzi od robienia przetworów. Argumenty są różne, że brak czasu, że się nie opłaca, że to brudna robota, ale myślę, że satysfakcja z posiadania w kredensie takich skarbów jest ogromna. Poza tym po zachłyśnięciu kulturą Zachodu zaczynamy znów doceniać naszą kulinarną tradycję. Większość organizacji slow foodowych organizuje letnie warsztaty robienia domowych weków. Dla mieszkańców krajów zachodnich to faktycznie sztuka nowa i obca, ale dla nas - Polaków to przecież nic innego jak powrót do dzieciństwa. Może więc to i dobrze, że nie rozwijaliśmy się w zakresie żywienia tak szybko jak inne kraje, może jest jeszcze szansa przerwać ten pęd ku fast foodowej modzie i zawrócić? Skoro moda ta prowadzi do tego, że nasze dzieci i wnuki będą uczyły się robienia przetworów na drogich kursach, to może warto poświęcić trochę czasu i pokazać im jak to się robi?