O autorze
Przewodniczący Rady Nadzorczej Vistula Group - właściciela takich brandów jak Vistula, Wólczanka i Deni Cler- wie, że nazwa zobowiązuje. Dba o to, żeby ostatni guzik przy rękawie marynarki był zawsze odpięty. Biżuterią W. Kruk oryginalnie zaprojektowaną i z wielką pieczołowitością wykonaną, obdarowuje na szczególne okazje dwie, najważniejsze w jego życiu kobiety – Żonę i Córkę.

Hugo w Poznaniu

Nie jestem zawodowym krytykiem kulinarnym, ale wiem co mi smakuje, a co nie. Potrafię też ocenić co przygotowane jest właściwie, a co jest kulinarnym niewypałem.


Z uwagi na obowiązki zawodowe staram się chociaż pobieżnie przekartkować każdy lifestylowy tytuł śledząc najnowsze trendy, przy okazji oglądam reklamy firm swoich i konkurencyjnych, a także fotoreportaże z imprez.


Tym razem jednak to żona podsunęła mi artykuł w marcowym Twoim Stylu.
Triumfalnie oznajmiła: -Patrz jakie kobiety są niezależne, jak sobie radzą!
-Czyżbyś chciała mi coś zakomunikować…?- dodałem z przekąsem.
„Kuchenne opozycjonistki” głosił tytuł. Ze zdjęcia tajemniczo spoglądały trzy kobiety w zwariowanych stylizacjach- „miłośniczki jedzenia i karmienia”.


Szczególnie zaintrygowała mnie historia jednej z nich - pani Agnieszki, właścicielki poznańskiej Restauracji Hugo. Otóż jej były mąż, sam podobno wirtuoz w kuchni twierdził, że nie umie ona gotować. Tak się złożyło, że bohaterka artykułu została sama z trzymiesięcznym synkiem i można by pomyśleć, że się załamie, ale nie… Stało się inaczej, to ją umocniło, było bodźcem do podjęcia życiowej decyzji i założenia z pomocą przyjaciół własnej restauracji.


Czytałem z uwagą, śmiejąc się z opisu pomysłów kulinarnych prezentowanych w artykule: „Bourbon dodany do sosu do krewetek i dekorowanie jagnięciny kożuchem z mleka etc.”
Wiedziałem, że niedługo jadę do Poznania i postanowiłem, że na pewno tam wstąpię. W zasadzie nie miałem nic do stracenia, ryzykowałem jedynie niestrawność…

I wczoraj wstąpiłem. Okazało się, że Hugo ma nowoczesny, ale przyjemny wystrój.
Zachęcony smakowitymi opisami podjąłem kulinarną decyzję - menu degustation.
O zgrozo!
Okazało się, że należy zamawiać na dwa dni przed planowaną wizytą. Tego nie mogłem zrozumieć. Przecież na całym świecie „menu degustation” oznacza zestawienie małych porcji dań wybranych z karty.
Miła kelnerka pod naciskiem moich próśb udała się do szefa kuchni i po powrocie triumfalnie oznajmiła „Chłopacy się zgodzili! Podamy menu degustacyjne”.
Po kwadransie na moim stoliku wylądowała przystawka: jajko truflowe.
Muszę przyznać, że pomimo faktu, że nie były to świeże trufle, to smakowało wybornie.
Dania główne - łosoś confit z puree z marchewki, koprem włoskim i pomarańczą, wprost rozpływał sie w ustach. Było to - po jajku - najlepsze danie tego wieczoru. Nie rozczarował mnie też smak cielęciny z carnarolli risotto z dodatkiem pieczonego czosnku i skorzonerą. Łopatka cielęca była bardzo poprawna, smaczna, choć nie powalająca. Zdziwił mnie jednak pomysł, aby ryby, zamiast podawać po sobie, przeplatać daniami z mięs? Perwersja na granicy zboczenia, ale może to i dobrze? - pomyślałem.
Kolejnym podanym daniem był smażony filet z dorsza z zieloną soczewicą, pieczonymi burakami i bulionem cebulowym i deser- pudding ryżowy z ananasem, rumem i pianą kokosową , który mnie nie zachwycił. Był po prostu nijaki, ale nie trzeba się tym zrażać, mnie zwyczajnie trudno zadowolić, ponieważ jadałem u najlepszych.
Tyle menu. Łakomstwo i chęć degustacji nakazały mi domówić jeszcze rillettes ze świnki. Nie żałuję, bo chociaż zaserwowano go prosto z lodówki, to smakował dobrze. Myślę, że gdyby podano go w temperaturze pokojowej, to byłby jeszcze lepszy. Nie powstrzymałem się
i zamówiłem także łopatkę jagnięcą z pierożkami z gęsich żołądków confit.
Najbardziej rozczarował mnie dorsz i jagnięcina, a także pierożki podane do obu dań. Były moim zdaniem zbyt przekombinowane.
W Hugo faktycznie króluje kuchnia autorska, niebanalna. Cechują ją odważne choć raczej trafione połączenia jak choćby wspomniane jajko truflowe czy łosoś z marchewką.

Moja pierwsza refleksja: nie jestem zawodowym krytykiem kulinarnym, ale wiem co mi smakuje, a co nie. Potrafię też ocenić co przygotowane jest właściwie, a co jest kulinarnym niewypałem.
Nie jest to kuchnia na poziomie Alaina Ducasse’a i nawet się tego nie spodziewałem. Ale dania choć nie powaliły mnie na kolana i śnić o nich nie będę, to były bardzo poprawnie przyrządzone, raczej dobrze podane i smaczne. Na plus mogę zaliczyć też fakt, że dobrze dobrano wina. Specjalnie czekałem na propozycje i nie rozczarowałem się.

Wraz z towarzyszącym mi młodym człowiekiem byliśmy jedynymi gośćmi restauracji…
Dziwi mnie fakt, że Poznaniacy jej nie doceniają. Widocznie nie akceptują takiej ekstrawagancji. Mimo, że poznańska kaczka z pampuchami jest wyjątkowo smakowita, to zachęcam do podjęcia ryzyka i odkrycia nowych smaków, udając się w podróż kulinarną
z zespołem Hugo.

Podsumowując z przyjemnością stwierdzam, że mimo trudności pani Agnieszka radzi sobie świetnie w kuchni i w życiu, ot co!
Sam kiedyś taki byłem, zawsze płynąłem pod, a nie z prądem. Na przekór wszystkim, którzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem i pukali się w czoło, kiedy wprowadzałem w życie swoje najodważniejsze pomysły. Ostatecznie podejmując ryzyko, można wiele stracić, ale można też dużo zyskać. Bez względu na wynik jedno zyskuje się na pewno - poczucie, że miało się odwagę spróbować i podjęło się wyzwanie.

Polecam!