...ewolucja nie działa na wszystkich

REKLAMA
W niedzielę wróciłem z RPA, a konkretnie z Kapsztadu. Zrelaksowany psychicznie, choć zmęczony fizycznie. W ciągu dziesięciu intensywnych dni wizytowałem winnice Aaldering, Blauwklippen, Napier Winery, z których sprowadzam na półki naszych sklepów wspaniałe wina. Delektowałem się ich wyjątkowym smakiem, a także afrykańskim ciepłem i słońcem. Myślę że to idealny czas na taką podróż, kiedy w Polsce jest zimno i wilgotno, a media bombardują nas podłymi informacjami.
Uciekłem więc przed zgiełkiem i chłodem. Odwiedziłem cudowne miejsca, zakosztowałem wspaniałych win. Przy tej okazji nie wypada nie wspomnieć o świetnym Shiraz Blauwklippen Vineyeard, wybornym Chenin Blanc Greenstone, Napier Winery, czy doskonałym Pinotage, Aaldering.
Poznałem niesamowitych ludzi, z którymi łączą mnie relacje biznesowe. Był to czas zadumy i refleksji nad przemianami. Analizowałem sytuację Polski z perspektywy historii i doświadczeń mieszkańców RPA i odwrotnie.
Burzliwa historia RPA objęła wiele przemian. Jeszcze niedawno był to kraj opanowany przez apartheid, miejsce w którym otwarcie głoszono supremację białych nad czarnymi, którzy nie mieli prawa głosu i mieszkali w gettach. Po obaleniu apartheidu w 1994 roku władze kraju musiały sie zmierzyc z kolejnymi trudnościami, związanymi z wyrównywaniem różnic. Wciąż bowiem mocno zaznaczały się różnice w wykształceniu, a więc i w płacach czarnoskórych obywateli. Kraj ogarnęły fale buntów, głośno było o incydentach tak zwanych mordów na farmach podczas których zginęło ponad 3000 białych osadników. Wiele uwagi poświęcano też problemowi złego traktowania czarnoskórych pracowników przez białych właścicieli wielkich gospodarstw. Nazywano je nawet ostatnimi bastionami apartheidu. Proces przemian był więc bolesny, ale jednak dość skuteczny.
Dziś prezydentem RPA jest opływający w luksusy czarnoskóry magnat - Jacob Zuma, szefową Komisji Unii Afrykańskiej, czyli afrykańskiego rządu jest także czarnoskóra Nkosazana Dlamini - Zuma. Nierzadko na ulicach można zobaczyć ciemnoskórego, zamożnego człowieka jadącego limuzyną prowadzoną przez białego kierowcę. Największym autorytetem, osobą której urodziny obchodzone są jak święto narodowe jest Nelson Mandela. Człowiek, który poświęcił 67 lat życia polityce i walce z apartheidem. Jego zdjęcia można dostrzec niemal wszędzie.
Podobno północ kraju, okolice Johannesburga nadal pozostają dość niebezpiecznym regionem, jednak Kapsztad jest oazą, niemal afrykańskim rajem. To niewątpliwe serce Afryki Południowej. Swoje winnice i restauracje zakładają tam najbogatsi ludzie z całego świata, jak brylantowy magnat Van Graaf, czy słynna Madame Cointreau i wielu innych znanych Europejczyków. Zauroczyła mnie między innymi restauracja The Taste Room usytuowana w malowniczej miejscowości Franshchoek, która znajduje się na liście 50 najlepszych restauracji świata, ale o tym przy innej okazji.
Analizując to wszystko, spacerując po słonecznych winnicach w towarzystwie miejscowych zadawałem wiele pytań. Mimo, że w kraju jest nadal wiele do zrobienia - w co nie wątpię – to i tak osiągnięcie dzisiejszego stanu rzeczy to ogromny postęp. Przez cały pobyt nie zaobserwowałem niczego niepokojącego. Zdaję sobie sprawę, że pokazywano mi miejsca wyselekcjonowane, ale naprawdę miałem dobre odczucia i wydaje mi się, że mimo wszystko bardzo dużo się zmieniło i zmierza we właściwym kierunku. Gospodarze bardzo szczerze opowiadali o sytuacji życiowej obywateli RPA, podkreślając, że są miejsca gdzie długoletni rozłam odcisnął swoje piętno, ale są też takie miejsca jak Kapsztad i jest ich coraz więcej. Miejsca, gdzie zarówno biały jak i czarny człowiek może odnaleźć swój raj na ziemi, gdzie mogą ramię w ramię przechadzać się po winnicach jak równy z równym. Z tego co obserwowałem i słyszałem odnoszę wrażenie, że tam jest mniej agresji niż u nas, że ludzie mniej się boją.
Wspominałem im, że u nas też nie jest tak kolorowo jakby się mogło wydawać, że nastroje są różne, a ten wyjazd to ucieczka od całego chaosu panującego w Polsce. Od tej wojny smoleńskiej, zamieszania wokół rzekomo planowanego zamachu na budynek sejmu, od coraz częstszych doniesień o dzieciobójstwach, od licznych niewyjaśnionych samobójstw ludzi ze świata polityki, a w końcu od rasistowskich komentarzy na temat „Pokłosia” i wszystkich tych przytłaczających informacji. Moi gospodarze zdziwili się kiedy powiedziałem im, że niemal 100% Polaków to jedna nacja, a mimo to nie możemy się zgodzić. Ludność RPA liczy około 40 milionów - głównymi mieszkańcami są przedstawiciele afrykańskich, ludów Bantu - najliczniejsze plemiona to, Zulu, Khoza,Sotho. Mieszkańcami RPA są również Europejczycy ok 6 milionów, resztę stanowią Azjaci oraz emigracja afrykańska. Istny tygiel kulturowy. A mimo to dzisiaj nie odnotowuje się wielu napięć. To smutne, że my nie możemy się dogadać, że w Dzień Niepodległości różne grupy maszerują po ulicach i mimo, że każda niesie tą samą flagę, to traktują się jak wrogów i mają czelność kamieniami w tą flagę rzucać, nazywając to później demokracją.
Kiedy więc tak delektowałem się winem, które mieniło się w słońcu wszystkimi odcieniami czerwieni i dyskutowałem na temat zabójstwa Chrisa Haniego- ukochanego ucznia Nelsona Mandeli i szefa partii komunistycznej, zamordowanego przez polskiego emigranta Jana Walusia, przed oczyma przelatywały mi sytuacje, które miały miejsce w Polsce, a które odzwierciedlają ten sam zamęt. Pomyślałem o atakach na polityków, zabójstwie w klubie poselskim w Łodzi, o słowach agresji formułowanych przez polityków jednej partii wobec polityków innych partii.
Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest coś w Polakach, jakiś głos sprzeciwu dla samej idei, bycia na „nie”, tylko po to żeby się wyróżnić, coś co nie pozwoli nigdy na powszechną zgodę.
Przeraziła mnie taka myśl. Przecież wszyscy jesteśmy jednym narodem, mamy wspólną historię. Historia obywateli RPA to wieloletni podział, narzucony z góry, okrutny, podły system nierówności. Nas nie toczył rak wewnętrznych nierówności. W obliczu agresji zawsze byliśmy razem. Walczyliśmy o wolność i udało się. Co więc z tą wolnością robimy? Marnotrawimy. Zupełnie jakbyśmy nie umieli żyć w pokoju, zupełnie jakbyśmy przez lata wrośli mentalnie w walkę.
Kiedy zdawałoby się nie ma wroga, głupiejemy i zaczynamy szukać go w swoim środowisku. Po co? Patrząc na polską scenę polityczną można odnieść wrażenie, że niektórym politykom wydaje się, że są nadludźmi, że mogą bezkarnie wszystkich obrażać. Zachowują się jak zwolennicy apartheidu wprowadzając sztuczne podziały wewnątrz państwa, szczując i podburzając społeczeństwo na partię rządzącą. Potępiają wszystko i wszystkich, co jest sprzeczne z ich wąskim światopoglądem.
Kiedyś kapitał polityczny można było zbić na sloganach typu: „Balcerowicz musi odejść”, dzisiaj słyszymy” to wina Tuska”, bo przecież "nikt im nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne". Zrozumiałe jest, że trudno dogodzić wszystkim, że zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony, ale żeby od razu oskarżać o zdradę jeśli coś nie idzie po naszej myśli? Tuska, Wałęsę, Pasikowskiego, Stuhra...?!
I kiedy tak spacerowałem po winnicach z moim hugenockim przyjacielem, przyznałem w duszy ze smutkiem, że ewolucja nie na wszystkich działa.
Jednak jest coś co zawsze działa na strapione dusze... wino...
logo