Można polować z klasą, jadąc konno w bryczesach lub brać udział w nagance, nurzając się w błocie, krzycząc byle głośniej…

REKLAMA
Od zamierzchłych czasów ukochaną rozrywką możnych było polowanie, a zwłaszcza polowanie konno ze sforą psów. Do dzisiaj tak zabawiają się angielscy dżentelmeni. U nas tradycję tą kontynuuje choćby January Gościmski, organizując podobne polowania, u siebie w Marynkach, gdzie miałem zaszczyt niejednokrotnie bywać.
Tzw. pogoń za lisem to symboliczna zabawa w polowanie bez psów, a lisem jest wybrany jeździec, z przypiętą do lewego ramienia lisią kitą.
Trzeba pamiętać jednak, że jest to święto (Hubertus), więc musi być odświętnie i elegancko. Obowiązuje klasyczny strój myśliwski (czerwony frak, białe bryczesy, buty jeździeckie i irchowe rękawiczki).
Dzisiaj dopuszcza się również tzw. Strój Dżentelmena, tj. pepitkowa marynarka, bryczesy, czarne buty, biała koszula i krawat. Należy też wyjątkowo zadbać o konia. Koń i jego rząd musi lśnić.
W czasie jazdy należy też zachowywać się dżentelmeńsko. Nie wolno opuszczać przydzielonego w zastępie miejsca, aż do finałowej pogoni. Nie można też absolutnie zajeżdżać innym drogi. Najważniejsze jest, żeby panować nad swoimi emocjami, by nie stanowić zagrożenia dla siebie, jak i dla innych jeźdźców i koni.
W Polsce też bardzo popularne było i jest do dzisiaj tzw. polowanie z naganką. Przedstawia je m.in. słynna akwarela Juliana Fałata pt. „Naganka na polowaniu w Nieświeżu”.
Naganiacze to głównie okoliczne chłopstwo z kołatkami, cepami, kijami i widłami. Tu reguły bywają nieco inne. Drzeć się, głośno hałasować, przeć naprzód, robić wszystko, by wypłoszyć zwierzynę.
Polowanie z naganką może odbywać się od 1-go października do 15-go stycznia.
I choć jestem od dawna członkiem PZŁ, to poluję bardzo rzadko, prawie wcale.
Jeżeli już jestem na polowaniu to bardziej, aby uczestniczyć w biesiadzie myśliwych.
Wtedy mam okazję delektować się dziczyzną w najlepszym wydaniu. Zarówno jakość potraw, jak i atmosfera są niepowtarzalne.
Dla Tomasza Lisa w polskich mediach nie ma okresu ochronnego.
Rozumiem w jakiś sposób prawicowych dziennikarzy z prawicowych tygodników. Oni strzelali, i strzelają z grubej rury od zawsze.
W sobotniej Rzeczpospolitej za krytykę Lisa zabrał się pisarz, autor programów telewizyjnych i były współpracownik Newsweeka Mariusz Cieślik.
Jak podaje Wikipedia w swojej pisarskiej twórczości najchętniej atakuje on wzory męskości od pokrzywdzonego kochanka, po bezmyślne macho.
Nie znam żadnej książki Pana Mariusza, czytałem jednak kilka jego publikacji, jak choćby o sędzim Tulei, czy Pasikowskim i Stuhrze. Nie komentując poglądów, pisze zgrabnie i czyta się te teksty dobrze.
Tym razem w artykule „Lis prawie jak Urban” wybrał się na krwawe polowanie. Największą finezją w polowaniu na lisa jest trafienie go w oko. Wtedy trofeum, jakim jest skóra, pozostaje nienaruszone.
Redaktor Cieślik strzelił jednak z breneki (ciężki pocisk ołowiany, bez płaszcza z innego metalu, wystrzeliwany z myśliwskiej broni gładkolufowej). Ze względu na swoją konstrukcję jest to pocisk mało precyzyjny, i stosowany do strzelania na krótkich dystansach. Z redaktora Tomasza Lisa pozostały jedynie kawałki sierści.
I chociaż autor przyznaje, ze Lis to mocna marka, to jasno stwierdza, że popularny dziennikarz nie ma żadnych poglądów i niewiele zahamowań.
Krytyka Lisa dotyczy już nie tylko tzw. walki z kościołem okładkami Newsweeka. To egzegeza całego żywota Tomasza Lisa i jego rodziny.
Mimo, iż autor pisze, że szkoda czasu, by śledzić meandry poglądów człowieka bez właściwości, babrze się drobiazgowo w jego życiorysie, starając się zdyskredytować go za wszelką cenę.
Nie jestem bezkrytycznym członkiem sekty Lisa. Często nie zgadzam się z jego tezami. Jednakże stwierdzenie, iż pokazuje on młodym ludziom, że droga do dziennikarskiego sukcesu wiedzie przez cynizm, chamstwo, pogardę i polityczną stronniczość, nacechowane jest prawicowym fanatyzmem.
A przypisywanie w zestawieniu z Lisem Urbanowi poczucia humoru i intelektualnej klasy jest niczym innym, jak cyniczną próbą odwrócenia uwagi od miałkich argumentów, użytych przez autora publikacji.
Jak choćby zarzucanie Lisowi zamieszczonych w Newsweeku tekstów, o Zbigniewie Ziobrze, że zaproponował komuś zrobienie loda”, czy o Wandzie Nowickiej, że jest „niedorżnięta”…
Chyba myśliwy miast pozostać myśliwym przeniósł się do naganki. No i jeszcze, Panie redaktorze Cieślik kimże jest ten Lis? Pokrzywdzonym kochankiem? Czy bezmyślnym macho? A może pomiędzy?
A gdzie by Pan umieścił siebie?