Kiedyś nad pisanym słowem trzeba było się namyśleć, bo co napisane – zostawało. Nie można było nacisnąć backspace ani del, spell checker nie poprawił błędów...

REKLAMA
Nie pamiętam kiedy ostatnio dostałem list… taki w kopercie ze znaczkiem, pisany piórem i na specjalnej papeterii. Gdybym sam chciał taki napisać, to prawdopodobnie nie wiedziałbym gdzie można i czy w ogóle można jeszcze kupić papeterię. W obiegu firmowym „papierowe” listy jeszcze funkcjonują, ale mają niemal wyłącznie charakter dokumentów, które wymagają osobistego potwierdzenia. Pewnie, gdy wreszcie zacznie funkcjonować ustawa o podpisie elektronicznym i te znikną. Zresztą te listy urzędowe są zwyczajnie brzydkie. Niektóre mają doklejony kawał blachy, by zmieścić się w absurdzie polskich przepisów. Adres jest wydrukowany i naklejony, zamiast znaczka informacja o „wniesionej opłacie we właściwym UPT”.
Z sentymentem wspominam „prawdziwe listy”, znaczki, które można było odkleić nad parą. Co wrażliwsi nadawcy wybierali obrazek dostosowany do treści listu i odbiorcy. Listy od kobiet pisane były na delikatnej papeterii w kolorze ecru i często pięknie pachniały. Do pisania listu trzeba było się przygotować. Rozsiąść się wygodnie przy biurku, rozłożyć papeterię, sprawdzić, czy w piórze jest atrament. Nad pisanym tak słowem trzeba było się namyśleć, bo co napisane – zostawało. Nie można było nacisnąć backspace ani del, spell checker nie poprawił błędów. Trzeba było zaplanować, gdzie list się zaczyna, a gdzie skończy…
Piszę o tym, bo przynajmniej kilka razy w tygodniu czytuję listy panów Sławomira Mrożka i Stanisława Lema. To dla mnie (dość ostatnio zabieganego) znakomita lektura, bo można poświęcić jej pięć minut… i pięć godzin. Wcale nie trzeba jej czytać po kolei, choć tak jest oczywiście znacznie lepiej, ale wątki tych listów przenikają się, powracają i giną, by znów odnaleźć się po kilku, kilkunastu stronach.
Pierwszy list – z 1956 roku jest spontaniczną reakcją Mrożka po przeczytaniu „Czasu Nieutraconego” autorstwa Lema i nie miał Mrożek wcale pewności, czy starszy i już utytułowany kolega po piórze zechce mu odpowiedzieć – zechciał na szczęście. O ostatnim liście wiem tylko tyle, że pochodzi z 1978 roku, ale jeszcze do tych lat nie doszedłem. Jest w tej korespondencji cały Kraków są ludzie, których pamiętam, jako Panów Profesorów, kiedy ja byłem studentem, a oni siadywali w „Literackiej” na Sławkowskiej. Są listy opisujące krok po kroku i kroczek po kroczku absurdy związane choćby z procedurą ubiegania się o paszport, są listy opowiadające o literaturze.
Prawdziwa przyjaźń obu Panów zaczęła się jednak, kiedy Mrożek kupił używany P-70. Tak – samochody już wtedy cementowały męskie przyjaźnie. Do dzisiaj mam w oczach ogromnego - nie ukrywajmy - ekscentrycznego, kanarkowego Mercedesa, jaki stał na podwórku willi Lema. Czytam więc te listy, odnajdując Kraków tamtych lat, ale też z przyjemnością wczytuję się w język jakim są pisane. Prawie nic w nich nie jest oczywiste: „Wasza Rozwiązłość”, „Vazeny Mistre”, „Wasza Psychiczna Wysokość”, „Wasza Orgiastyczność” – tak się do siebie zwracali, pisali po polsku i angielsku, pisali liściki krótkie, informacyjne, ale także długie i filozoficzne. Pisali z Krakowa do Krakowa, choć przecież spotykali się ze sobą, a i telefony nie były już niczym nadzwyczajnym, pisali ze świata, kiedy Mrożek był już poza Polską, a Lem często w wyjazdach. ..pisali – po prostu pisali.
Pewnie, że przemawia przeze mnie nutka lekko sentymentalna, bo coś, jakiś sposób komunikacji między ludźmi się skończył. Życie nie znosi pustki, więc mamy blogi i dobrze, że są – a że nie nakleja się na nie znaczków i nie nosi na pocztę ?... Trudno.
Żałuję trochę, że książka ma prawie siedemset stron i jest raczej nieporęczna do podręcznego bagażu. To – nie ukrywam - pewien mój problem, ileż książek zaczętych i nie skończonych, parę leży w salonie, dwie koło łóżka... W podróży jeszcze coś innego….
- To może iPada kupić i tak te książki czytać? – podpowiada mi córka …
- Bez zapachu, szelestu, faktury??? Eee… na to jeszcze nie jestem gotowy…