Daleko nam jeszcze, oj bardzo daleko do francuskich hal targowych, gdzie jest czas na pogawędkę, gdzie wybór pomiędzy pasztetami strasburskimi musi zająć wiele minut próbowania i mlaskania, a przyjacielska dyskusja o ich zaletach potrafi przerodzić się w kłótnię.
REKLAMA
Znajomi przywieźli mi ostatnio chleb pieczony w prawdziwym chlebowym piecu. To ostatnio bardzo popularne. Ze sklepów podobno masowo znikają maszynki do wyrabiania i wypieku chleba. Ktoś sam marynuje szynki na święta i sam je wędzi w domowej wędzarni. Na gwiazdkę dostałem butelkę dość niezwykłej bardzo, bardzo ostrej pieprzówki na miodzie – też domowego wyrobu. I każdy obdarowujący podglądał mojej reakcji, no bo wiadomo – Alma… A mnie takie rzeczy bardzo cieszą. Cieszy mnie także to, że po trwającym kilkanaście lat zachwycie nad kulturą Zachodu polegającą na szybszym jedzeniu i szybszym życiu w ogóle, ludzie zdali sobie sprawę, że z tej rozpędzonej karuzeli można szybko spaść i co mądrzejsi zaczynają zwalniać.
Nurt tradycyjnego jedzenia, kierującego się zasadą: przetwarzam to, co rośnie albo jest hodowane najbliżej mnie w pewnym momencie niemal zszedł w Polsce do podziemia. Zachwyt nad jedzeniowym blichtrem Zachodu, agresywna polityka promocyjna i sprzedażowa wielkich sieci handlowych popychała nas coraz bardziej w kierunku anonimowego jedzenia. I dotyczyło to – często dotyczy wciąż - takich produktów, które nie lubią długich podróży i półrocznych okresów ważności, więc świeżego mleka, dobrego twarogu, pieczywa, wędlin.
Dzisiaj widzę coraz większą (użyję niezbyt lubianego przeze mnie zwrotu) świadomość konsumentów. Cieszy mnie rosnący rynek prodotti tipici, jak mówią Włosi. Klienci Delikatesów szukają lokalnych produktów, mają swoje małe osiedlowe sklepiki, gdzie pojawia się dobry chleb z malej piekarni (ale tylko do 11 przed południem). Zmieniły też swój charakter place targowe. Można na nich kupić świetny, hodowany na naturalnych paszach drób, jajka z pobliskiej wsi, miód z małej pasieki. Jest bundz i oprawiana na miejscu cielęcina. Daleko nam jeszcze, oj bardzo daleko do francuskich hal targowych, gdzie jest czas na pogawędkę, gdzie wybór pomiędzy pasztetami strasburskimi musi zająć wiele minut próbowania i mlaskania, a przyjacielska dyskusja o ich zaletach potrafi przerodzić się w kłótnię, ale...
Bardzo hołubię w sobie nadzieję, że i my będziemy kulinarnie rozwijać się w tym kierunku. Miałem kiedyś okazję spróbować owczego sera tworzonego przez Romana Kluskę. To legendarny twórca rynku komputerowego w Polsce, który osiadł paręnaście kilometrów od Nowego Sącza i stworzył tam unikalną na skalę europejską hodowlę i przetwórnię owczych serów. Sery Pana Romana rzeczywiście nie mają sobie równych, powstały z pasji i zainteresowań z osobistego przekonania o wyjątkowych, zdrowotnych właściwościach owczego mleka. Te sery robione są z naturalnego, nieprzetwarzanego a nawet niepasteryzowanego mleka. Owce hodowane są wyłącznie na naturalnej paszy a zasilana bateriami słonecznymi owczarnie najbardziej przypomina laboratorium. Proszę zresztą poczytać www.prawdziwejedzenie.pl.
Urok świata na tym powinien polegać, że mamy wybór, że możemy zrobić zakupy pchając przed sobą wielki wózek w Almie, że możemy wybrać się na krakowski Kleparz, że ktoś poczęstuje nas uwędzoną przez siebie szynką. Wielkanocne święta bardzo takim wyborom sprzyjają. Mam tylko nadzieję, że prawdziwa, wiejska szynka wyrzuci poza nawias zakupów „Szynkę wiejską” po 14.50 za kilo, że nie kupimy „Pasztetu Zająca”, gdzie małym druczkiem jest napisane, że jest to pasztet wieprzowy stworzony przez Adama Zająca.
I fakt, żeby zrobić „dobre” zakupy, dobre dla naszego zdrowia, trzeba poświęcić im trochę czasu i uważności, przebić się przez gąszcz etykiet. Ale warto zwłaszcza przed świętami znaleźć na to czas, bo kiedy jak kiedy, ale w Wielkanoc barszcz biały obowiązkowo musi być ukiszony z mąki żytniej i razowego chleba, ktoś musi popłakać się przy tarciu chrzanu i chociaż nie zawsze jest to oczywiste to także szynka musi pochodzić z właściwej części świnki;)))
