Chciałoby się powiedzieć: felix culpa – szczęśliwa wina, po wysłuchania treści listu prezydenta Obamy w odpowiedzi na polską reakcję po ostatnim incydencie. Ale rację ma przede wszystkim profesor Rotfeld, że tego typu sprawy nie będą załatwione raz na zawsze, że wymagają nieustannego wysiłku - ze strony nie tylko instytucji państwowych, ale nas wszystkich, jako obywateli i to wszystkimi dostępnymi kanałami. Media, jak i współczesny świat w ogóle bowiem produkują i operują stereotypami i dlatego trzeba reagować gdzie to możliwe także poprzez prywatne kontakty, które są znacznie bardziej skuteczne niż kolejny pierwszego, drugiego, czy trzeciego sekretarza ambasady do redakcji gazety, która zamieszcza go - jak mówi Profesor - na 36 stronie w lewym dolnym rogu.

REKLAMA
Po zakończeniu kadencji w Trybunale Konstytucyjnym spędziłem wystarczająco dużo czasu w Stanach Zjednoczonych na kilku tamtejszych uniwersytetach, by przekonać się jaki jest rzeczywisty stan wiedzy na temat Polski, a nawet Europy środkowej. Najogólniej rzecz ujmując – jest różnie. Owszem, profesura wie na temat Polski zaskakująco dużo, ale poniżej tego bardzo wysokiego bądź co bądź poziomu jest kiepsko. Amerykanie rzadko opuszczają swoje granice, a podróż do następnego stanu jest niejednokrotnie uważana za wyjazd zagraniczny – tak jest na przykład traktowane spędzenie jednego semestru w czasie studiów na uczelni już w sąsiednim stanie.
Tym chętniej włączyłem się więc po powrocie w organizację programu o nazwie „Recovering forgotten history”, prowadzonego w prywatnej Uczelni Łazarskiego. Polega on na identyfikowaniu autorów i wydawców podręczników uniwersyteckich przedmiotu Western Civilisation, wykładanego w Stanach w trakcie pierwszych dwóch lat studiów uniwersyteckich pierwszego stopnia, a następnie – na podjęciu z nimi rzetelnej bezpośredniej dyskusji. Pierwsze dwa lata w college’u według tamtejszego systemu ma charakter bardzo ogólny i przedmiot ten musi zaliczyć prawie każdy student, niezależnie od tego co studiuje. Nasz program wydaje się na pierwszy rzut oka niemożliwy do zrealizowania i byłby takim, gdyby nie kompetencja pomysłodawcy – profesora Andrzeja Sulimy Kamińskiego z Georgetown University, który doskonale zna rynek amerykańskich autorów i wydawców i potrafi swoim autorytetem spowodować, że zjeżdżają oni od kilku już lat do Polski bezpośrednio po zakończeniu zajęć na swoich uniwersytetach po to, by dyskutować z polskimi ekspertami dostrzeżone przez tych ostatnich w tych podręcznikach błędy, czy przemilczenia. Przy okazji pokazujemy im nie tylko Kraków czy Warszawę, ale także polską prowincję, jak na przykład Wrocław, Gdańsk, Zamość czy Sandomierz. W tym roku konferencja zaczęła się właśnie we Wrocławiu, a po drodze do Krakowa nasi goście zatrzymali się w ostatnią niedzielę także w Auschwitz- Birkenau. Byli natychmiast do medialnego wykorzystania po gafie Obamy i parę komentarzy na ten temat na gorąco w mediach wypowiedzieli.
Autorzy to znani profesorowie ze wspomnianego Georgetown, ale także z Yale, czy z University of California. Podsumowanie tegorocznej edycji będzie miało miejsce w Warszawie, na specjalnej konferencji prasowej w PAP.
Efekt tego programu jest zaskakująco skuteczny, ponieważ wyniki tych prac przekładają się wprost na treść kolejnych wydań podręczników uniwersyteckich, mających tam kilkusettysięczne niekiedy coroczne nakłady. Właściwie trudno sobie wyobrazić bardziej skuteczne działanie. Można odbyć dziesiątki konferencji międzyrządowych w sprawie podręczników – sęk jednak w tym, że te nowe podręczniki muszą być napisane, a autorzy rzadko chcą słuchać ustaleń urzędników, jeśli takie w ogóle istnieją. W Stanach – jak wiadomo – uniwersytety są naprawdę autonomiczne i wykłada się tam tylko to, co się chce wykładać i urzędnicy w ogóle nie mają nic tam do tego. Przy okazji amerykańscy historycy odkrywają także dawną Rzeczpospolitą, czyli jedyny obok Wenecji naprawdę demokratyczny byt państwowy, który miał istotny wpływ na kształtowanie się początków amerykańskiej demokracji. Bo tak było… tylko ma sami w to nie chcemy uwierzyć.
Nie można powiedzieć, że nasza administracja nas nie wspiera w realizacji tego programu. Owszem wspiera, ale nie chcę już tu pisać, jak musimy się z nią naużerać, żeby zechciała zrozumieć, że w pewnym sensie ją wyręczamy.