Dobrze jest zasiąść przed telewizorem na czas rozgrywek Euro z zestawem kibica, i owszem… Trudno byłoby się nie emocjonować świetnym meczem jak Polska – Rosja, ale dobrze, że mecze z udziałem naszych piłkarzy nie przypadły na Dni Muzyki Andrzeja Kurylewicza - miałbym wtedy prawdziwy kłopot.

REKLAMA
Dla licealistów z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych Andrzej Kurylewicz był gwiazdą pierwszej wielkości. Wyjazd z mojego rodzinnego Sandomierza w tamtych czasach na koncert do Warszawy czy Krakowa to właściwie była podróż międzykontynentalna. Ale jakże się wtedy słuchało radia, czy zaczytywało „Przekrój”, jeśli tylko były tam jakieś wzmianki o Komedzie, Trzaskowskim, Namysłowskim, Wandzie Warskiej, Kurylewiczu… Myśląc wtedy o przyszłych studiach, wyobrażałem je sobie po prawdzie głównie jako o czasie dogodnego wędrowania po klubach jazzowych i pilnego studiowania… pisma „Jazz”. Swoją drogą wyobrażenia okazały się być pod tym względem, na szczęście, niezbyt odległe od rzeczywistości.
Takich klubów w Warszawie nie było wcale dużo, ale wystarczyło prawie na cały tydzień: w środę „Piosenka” na Placu wtedy Leńskiego (dziś Hallera), gdzie obiecująco zaczynał Tomasz Szukalski, w czwartek były „Hybrydy” z modernjazzem, w piątek „Stodoła” z tradycyjnym, na soboty był „Medyk” czy „Karuzela” na Jelonkach, gdzie wprawdzie przede wszystkim do tańca ale też grały kapele jazzowe. Kto chciał to i tańczył. Opowiadano mi jakiś czas temu o prof. Adamie Zielińskim, późniejszym Prezesie NSA i Rzeczniku Praw Obywatelskich, że wolał grać chałturę niż stawić się na swój egzamin magisterski - co zrozumiałe, bo był podobno całkiem niezłym pianistą. A skąd pan to wie? – zapytał, kiedy go o to indagowałem.
Nie raz spotykałem Andrzej Kurylewicza na ulicy Brzozowej, gdzie mieszkał – zwykle wychodzącego późnym przedpołudniem z pieskiem na spacer. Nawet wtedy zawsze nienagannie ubrany, dystyngowany, by nie powiedzieć wytworny, nieco tajemniczy, odległy w czasie i w przestrzeni od wszystkiego tego co wokół – jakby z innego świata. Bo w istocie był z innego świata. Nie mógł chyba urodzić się nie we Lwowie. Śpiewna melodia lwowskiej polszczyzny wyróżniała go dodatkowo. Był wspaniałym muzykiem, nie tylko jazzmanem, choć do dziś brzmią mi w uszach jego puzonowe solówki z lat 60-tych. Nawet ten jego puzon musiał być inny – bo wentylowy, niezwykle rzadko spotykany.
Zapamiętaliśmy go przede wszystkim jako kompozytora przepięknej muzyki filmowej, ale pozostawił przecież wiele wspaniałej muzyki kameralnej, chętnie wykonywanej także dziś przez bardzo wybitnych instrumentalistów, na przykład przez Kwartet Wilanowski. W pewnym okresie Kuryl dystansował się wręcz od jazzu, ale pod koniec jakby się z nim pogodził, grając w trio często i z wyraźną ochotą. Wilka ciągnęło do lasu… Mnie akurat to podobało się najbardziej.
Na koncertach sobotnim i niedzielnym w radiowym Studio im. Lutosławskiego nie było tłumów, choć sala była całkiem przyzwoicie wypełniona. To sukces, zważywszy dodatkowo na telewizyjno-futbolową konkurencję w tych dniach. Na koncertach rzadko tam bywają tłumy, choć jest to - moim zdaniem - najlepsze miejsce do słuchania muzyki w Warszawie w ogóle. Ale pękała w szwach w ostatni poniedziałek Piwnica Kurylewiczów i naprawdę trudno było przestać słuchać Włodzimierza Nahornego, Wojciecha Karolaka, Janusza Kozłowskiego. Był tam także niezniszczalny Marek Karewicz, pięknie od dziesięcioleci fotografujący muzyków jazzowych. Niestety, ostatnio już nie…
Warszawa w nocy tego dnia była spokojna, nawet jeszcze o północy można było spotkać prawdziwych kibiców (może tylko turystów) fotografujących Stare Miasto, czy zagraniczne ekipy telewizyjne przed Pomnikiem Powstania Warszawskiego. Nic jeszcze nie zapowiadało ekscesów, które miały mieć miejsce następnego dnia.
No cóż… W każdym mieście obok ludzi zacnych i znamienitych mieszka wszelkiego rodzaju hołota – jak pisał gdańszczanin Artur Schopenhaurer. Nie rozumiem dlaczego w kontekście tych incydentów pisze się o stosunkach polsko-rosyjskich. Przecież chodzi tu o najzwyklejsze w świecie relacje policyjno-bandyckie. Nikt rozsądny nie będzie rozważał tego wszystkiego co się działo 12 czerwca w Warszawie w odniesieniu do polityki międzynarodowej. Będą natomiast wszyscy normalni uważnie śledzili jak zachowuje się policja i wymiar sprawiedliwości. A wszystko wskazuje, że pod tym względem było OK.