Do Buska-Buska - jak mawiał urodzony tu i wychowany bard Wojciech Belon. Tytułowy dwuwiersz jest jednak mój. Chętnie i nieodpłatnie mogę go odstąpić miejscowym sanatoriom. A jeżdżę tu regularnie od trzech lat z wielką korzyścią. Co prawda, pierwszy raz byłem tu jako pięcioletnie dziecko – z mamą odwiedziliśmy wtedy ojca przebywającego tu na kuracji. Zapamiętałem z tej wizyty przede wszystkim wspaniały klomb w parku, który miał jeszcze przedwojenny sznyt, podobnie jak klomb w naszym sandomierskim miejskim ogrodzie. Wydawało mi się zresztą, że ten buski był piękniejszy – może dlatego, że widziany tylko raz...
REKLAMA
Pawilon Marconiego odkryłem wiele lat później, kiedy w 1983 r., niemal bezpośrednio po wyjściu z więzienia, skierowany tam zastałem, by nieco podleczyć kręgosłup. Dokuczliwe bóle w części szyjnej po trzech tygodniach pobytu minęły bezpowrotnie.
W cudownej sali koncertowej Marconiego grała wtedy dwa razy w tygodniu orkiestra zdrojowa. Nie można było się spóźnić na koncert, bo skrzypek, stojący tyłem do publiczności, by mieć lepsze baczenie na pozostałych muzyków, na pierwsze skrzypnięcie podłogi pod nogami spóźnialskiego, a podłoga, podobnie jak fotele, skrzypiała wtedy niemiłosiernie - ostentacyjnie przerywał grę, odwracał się do delikwenta i groźnym wzrokiem, nie odrywając smyczka od skrzypiec, odprowadzał go na miejsce siedzące, a doiero upewniwszy się, że spóźnialski nie ośmieli się już od tej chwili nawet drgnąć, spokojnie kontynuował grę, dokładnie od tego miejsca, w którym ją przerwał.
Odkryłem te fotele w niedawno wybudowanym tu kościele św. Alberta w sąsiedztwie uzdrowiska – mam nadzieję, że się nie mylę co do ich pochodzenia.
Orkiestry zdrojowej w dawnym stylu już tu chyba nie ma, przynajmniej w miesiącach wakacyjnych, ale jest za to festiwal muzyczny im. Krystyny Jamroz, też tu właśnie urodzonej, ściągający corocznie świetnych wykonawców – w tym roku już po raz osiemnasty.
No więc, chodzisz sobie przed południem na zabiegi, a po lekkim poobiednim wypoczynku masz po południu i wieczorem atrakcje w rodzaju przedstawień operowych, koncertów kameralnych, symfonicznych, przedstawień baletowych, koncertów jazzowych – na wolnym powietrzu, w sali balowej Marconiego, w miejskim centrum kultury, gdzie jest nawet kanał dla orkiestry, czy w miejscowych kościołach. Ale nie tylko w Busku, bo i w pobliskiej Wiślicy, czy sąsiednim Pińczowie, jak w zeszłym roku w tamtejszej odnowionej synagodze, albo w Kurozwękach w cudownie odrestaurowanym pałacu, a nawet w odległym Ożarowie.
Koncert goni koncert, trudno być wszędzie, nawet jeśli ma się wykupiony karnet, a wolnych biletów zwykle nie ma. W tym roku, jak zwykle zresztą, było trochę grochu z kapustą – ale to w końcu festiwal dla kuracyjnej w dużej mierze publiczności. Trochę rozrywki, ale na najwyższym poziomie - bo i
Anna Maria Jopek z doskonałym zespołem Krzysztof Herdzina, czy Krzesimir Dębski głównie ze swoją muzyką filmową. Galowy koncert końcowy z muzyką wokalną prowadził Bogusław Kaczyński, dzielnie zmagający się od kilku lat ze skutkami wylewu, ale bez najmniejszej straty dla swej roli. Była, ciągle niezastąpiona, Grażyna Brodzińska w zróżnicowanym, ale typowym dla niej repertuarze.
Anna Maria Jopek z doskonałym zespołem Krzysztof Herdzina, czy Krzesimir Dębski głównie ze swoją muzyką filmową. Galowy koncert końcowy z muzyką wokalną prowadził Bogusław Kaczyński, dzielnie zmagający się od kilku lat ze skutkami wylewu, ale bez najmniejszej straty dla swej roli. Była, ciągle niezastąpiona, Grażyna Brodzińska w zróżnicowanym, ale typowym dla niej repertuarze.
Ale prawdziwą gwiazdą był grający trzeciego dnia festiwalu Danił Trifonov. Przed dwoma laty zdaniem wielu skrzywdzony III nagrodą w Konkursie Chopinowskim, teraz ma za sobą zwycięstwo w Konkursie Czajkowskiego w Moskwie i Rubinsteina w Tel Awiwie. W pięknej sali Marconiego, teraz już bez skrzypiącego parkietu i z super wygodnymi, miękkimi fotelami, przedstawił bardzo ambitny program dwuczęściowego koncertu z muzyką Schuberta w pierwszej części i Debussy’ego i Chopina w drugiej. Dwanaście etiud Fryderyka Chopina z opusu 10. zabrzmiało jak jedno wspaniałe, pięknie dramaturgicznie pomyślane i skomponowane dzieło. Pierwszy raz słyszałem te cudowne miniatury grane od numeru pierwszego do końca i naprawdę nie miałem wcześniej żadnego wyobrażenia, że tak grane przedstawiają jakby inną jakość. Ale przede wszystkim sam pianista… Młody, dwudziestoletni zaledwie człowiek, absolutnie dojrzały artystycznie. Zresztą – nie mnie to oceniać. Nie da się natomiast chyba zapomnieć jego niezwykłej ujmującej skromności i dającej się wyraźnie odczuć niesamowicie intensywnej koncentracji. Miało się wrażenie, że po ostatnich dźwiękach każdego utworu musi niemal z pewnym wysiłkiem wracać ze świata, w którym przed chwilą był, by przez następnych parę chwilę być tu na ziemi wśród normalnych ludzi. Szczuplutki, trochę jeszcze nie wyrośnięty, w czarnej koszuli z krótkim rękawem (początek lipca był w tym roku wyjątkowo upalny) i w czarnym wąziutkim krawatem, absolutnie panujący nad każdym dźwiękiem i frazą. Szkoda, że nie był to ostatni festiwalowy koncert.
Ale w pamięci pozostanie jednak chyba jako i pierwszy i ostatni.
Festiwal trwa tydzień, my wybraliśmy się tu z żoną i trzynastoletnimi wnuczkami bliźniaczkami na dwa tygodnie, więc popołudnia pozostałych dni były wypełnione krótkimi wycieczkami - a to do znajomych, którzy pod Pińczowem mają piękny staw do popływania w dawnym wyrobisku kopalnianym, a to do Michałowa, gdzie jest trzysta klaczy arabskich. W tym roku był jeszcze Nowy Korczyn – dziś wioska z półtora tysiącem mieszkańców, a w XVI w. trzydziestotysięczne miasto, porównywalne z ówczesnym Krakowem, zrujnowane wcale nie przez Szwedów, ale przez swoich - w czasie rokoszu Zebrzydowskiego. Niezła lekcja historii ojczystej.
