Na początek powinno się napisać coś niebłahego – co jednocześnie określałoby główny nurt zainteresowań autora, a jednocześnie nie wykraczało poza granice kompetencji. W ostatniej chwili temat – na nieszczęście - nasunął się sam.

REKLAMA
Warszawska Opiera Kameralna. Właśnie obchodzi 50-lecie swojego istnienia. Dziś stoi w obliczu groźnego kryzysu, jeśli nie poważnej zapaści. Niezwykła instytucja, niezwykli ludzie i niezwykły człowiek-instytucja: jej dyrektor Stefan Sutkowski.
Po raz pierwszy byłem na spektaklu WOK pod koniec lat osiemdziesiątych, akurat poza jej siedzibą, bo w warszawskim kościele Wszystkich Świętych na Il sant’ Alessio. Nietrudno nawet po tylu latach wywołać spod powiek piękne sceny, stylizowane na obrazy włoskich mistrzów - przypomnieć sobie oszczędny, wyrafinowany ruch sceniczny, wspaniałą oprawę muzyczną, a nawet muzyków w kostiumach z epoki. Nie policzę przedstawień obejrzanych i wysłuchanych później - już w siedzibie przydzielonej operze. Zawsze przygotowanych z najwyższą starannością. Rożnie bywało z warszawską Operą Narodową. Kameralna nie sprawiała nigdy przykrych niespodzianek.
Dziś czytam, że dotacja Sejmiku Mazowieckiego dla WOK ma być obniżona na ten rok o ponad dwadzieścia procent. Dla tego typu instytucji kultury jest to właściwie wyrok skazujący. Ale wyrok tylko formalnie wychodzi spod ręki Sejmiku Mazowieckiego.
Faktycznym sprawcą jest tzw. Janosik – czyli właściwie podatek nakładany corocznie na Warszawę i Mazowsze z tytułu ich wyższych niż przeciętne dochody innych samorządów. „Janosik” został wprowadzony do naszego systemu w 2003 r., jeszcze przed wejściem do Unii, w zupełnie innych warunkach ekonomicznych. Dziś jest już anachronizmem, który powinien być jak najszybciej wyeliminowany, bo w rękach ministerialnych księgowych bezmyślnie łupi niektóre samorządy, miast racjonalnie korygować całość finansów publicznych. Mazowsze ma stracić w tym roku ponad 650 milionów złotych, przy ostatecznym budżecie nie przekraczającym 3 miliardy, a Warszawa (z budżetem około 13 miliardów) – ponad 800 milionów. To są kwoty zawrotne. Ich zabranie właściwie uniemożliwia sensowne planowanie czegokolwiek, a wiadomo, że jak są kłopoty finansowe przypadku – najłatwiej ciąć wydatki na kulturę. Tak właśnie czynią niekompetentni politycy.
Państwo bowiem w ogóle traci sens, jeśli nie chroni własnej kultury narodowej – powiedziałem przed laty na pewnej konferencji w Krakowie. I co raz silniej jestem o tym przekonany. Bo jaki właściwie jest sens zachowywania odrębności państwowych, szczególnie w jednoczącej się Europie, jeśli coś takiego jak naród miałoby nie mieć sensu już dzisiaj… Tymczasem państwa narodowe istnieją i wytłumaczcie Francuzom, Niemcom czy Szwedom, że od jutra ma już ich nie być. Nie wspominając o Ukraińcach, Słowakach, Chorwatach, Słoweńcach, czy też Szkotach, Baskach, bądź Kurdach - którzy albo dopiero co wybili się na niepodległość, albo o nią walczą.
Naród jest przede wszystkim wspólnotą szeroko rozumianej kultury. Także i współcześnie bijemy się o własne państwa, ponieważ własne państwo jest najskuteczniejszym narzędziem ochrony dziedzictwa narodowego i zapewnia optymalne warunki rozwoju kultury na przyszłość.
Z przestępcami można walczyć skutecznie bez swojego państwa, ba - można i pokój zaprowadzić bez niego, budować domy, infrastrukturę, rozwijać rolnictwo, ale poza własną kulturą nie można wychować kolejnego pokolenia do życia godnego. I sami nie możemy przeżywać własnego życia w pełni godnie. Bo najlepiej rozumiemy własny kod kulturowy i tym samym cały przekaz konieczny dla pełnego zrozumienia kondycji ludzkiej. Inne kultury nas wzbogacają, zwracają uwagę na kwestie czasami we własnym kodzie kulturowym nawet pomijane, ale własna kultura rozwija nas najpełniej. I żeby nie było wątpliwości – to wszystko odnosi się do każdej kultury narodowej. Dlatego tak ważny jest także stosunek do mniejszości narodowych. Wszystkie kultury są równoważne – nie ma lepszych i gorszych kultur.
Państwo jest zatem dla kultury, a nie odwrotnie. Bez własnego kodu kulturowego nie ma możliwości zrozumienia niczego z tego świata – a w szczególności własnego państwa – jego funkcji i celu. Po odbudowaniu Filharmonii Narodowej w latach pięćdziesiątych ustawiało się po bilety w każdy piątek nawet 30 tysięcy chętnych…