Z pewnością wielkim wydarzeniem ostatnich dni w Warszawie, nie tylko artystycznym, ale też towarzysko-politycznym event’em, była "Wojna i Pokój" Sergiusza Prokofiewa w Teatrze Wielkim – przedstawienie gościnne Teatru Maryjskiego z Petersburga pod batutą legendarnego już Walerego Gergieva. Okazało się, że śpiewaków nawet z głębi sceny można w naszej operze słyszeć ponad orkiestrą i to bardzo wyraziście, że blacha może brzmieć czysto i soczyście, a całość orkiestry w sposób wyrównany.

REKLAMA
Nie będę udawał, że się nie wzruszyłem. Wzruszyłem się, ale tylko w pierwszym akcie - tam gdzie wątki egzystencjalne, gdzie Sonia i Natasza, Bołkoński, Kuragin i Bezuchow, Cyganki i w ogóle… Ale akt drugi – raczej nie na mój gust. I, broń Boże, nie dlatego, że Polaków razem z Napoleonem w końcu z Moskwy wypędzają, choć tam nas nie widać - ale z powodu wyraźnej socrealistycznej propagandy (i w treści i w formie). Dosłowność w sztuce zawsze ociera się o kicz, a tu dosłowność była wręcz nieznośna. Na końcu pojawia się nad sceną monstrualnej wielkości czerwony kogut. Pewnie chodzi o Francuza jako takiego, którego dzięki genialnemu Kutuzowowi i niezwykłemu ludowi rosyjskiemu udało się przepędzić. Aż nadto czytelne są w spektaklu wszystkie odniesienia do lat wojny ojczyźnianej – o to przecież chodziło Prokofiewowi, gdy siadał do pisania tej opery w 1941 roku. Lud jest bezgrzeszny i bohaterski, elity przeciwnie, ale w końcu się moralnie podciągają – po to, by razem, ramię w ramię uratować Świętą Rosję, w której wszystko jest na swoim miejscu: car na górze, oficerowie i czynownicy tam gdzie trzeba, no i lud też. Po latach chaosu rewolucyjnego i następnie ciężkiej łapy komunizmu musi przyjść czas odreagowania, to jasne, ale wyraźnie widać i poprzez ten spektakl, który pojawił się teraz przecież nieprzypadkowo, gdzie Rosjanie, jako naród i społeczeństwo się naprawdę widzą. Demokracja chaos pogłębią – nie ma to jak walka, jak wojna. Wtedy wszyscy jesteśmy razem, mamy wyraźny cel. Jesteśmy wielcy, wszystkich przepędzimy, tak jak te wszystkie dwanaście armii narodowych, które przyszły tu z Napoleonem.
A jak widzimy się my? Wystarczy wybrać się do Teatru Polskiego na Mazepę. Któż to był u nas król? Raczej pierwszy obywatel z wyboru powszechnego już od XVI wieku, niż prawdziwy europejski władca. Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie, z kolei wojewoda ma poczucie kogoś, kto króla osobiście legitymizuje i od którego w związku z tym może żądać wiele. Nie rozumiał tego Jan Kazimierz – wołał w końcu abdykować. Mało kto rozumiał wówczas i później, co się właściwie pod koniec XVI wieku w Rzeczypospolitej stało. Trzeba było kolejnych dwustu lat, by w europejskim kręgu kulturowym naprawdę zrozumiano, że władza publiczna to żadne tam sacrum.
To prawda, ale kiedy dziś przypadkiem przejeżdżając obok Sejmu zobaczyłem transparent z napisem „Donald – k… mać”, pisane oczywiście bez kropek, nieco się jednak zdziwiłem, że protestującym członkom „Solidarności” ten transparent jednak nie przeszkadza.
Po drugim przedstawieniu opery Prokofiewa była standing ovation, a po pierwszym, jak mi mówiono – jednak nie. A zatem raczej event…