Nie byłem entuzjastą naszej Konstytucji. Z niechęcią wziąłem udział w referendum i przyznam się szczerze – nie głosowałem za. Byłem bardzo związany z projektem opracowanym przez komisję konstytucyjną Senatu I kadencji jeszcze w 1991 r. poprzez bezpośredni udział w jej pracach. Projekt senacki wydawał mi się lepiej korespondować z oczekiwaniami naszych czasów, był mniej rozgadany, mniej było tam deklaracji bez pokrycia w zakresie praw socjalnych, a więcej precyzyjnych rozwiązań ustrojowych.

REKLAMA
Można powiedzieć, że było jakimś paradoksem, że znalazłem się dwa lata później w Trybunale Konstytucyjnym i oczywiście musiałem ślubować, że będę jej strzec. Gdybyśmy to mieli prawo respektować wyłącznie te normy prawne, które nam się podobają… Z perspektywy zamkniętej, dziewięcioletniej kadencji sędziego konstytucyjnego mogę jednak uczciwie i szczerze przyznać, że jest ona całkiem niezłym narzędziem oceny konstytucyjności prawa – rozumianego jako system ustaw, umów międzynarodowych, rozporządzeń rządowych itd. Pod tym względem sprawdza się niemal w pełni. Podstawowe dla porządku prawnego zasady zostały w mojej ocenie bardzo poprawnie w niej sformułowane – między innymi także dlatego, a może i przede wszystkim, że te artykuły, które stały się dyżurnymi wzorcami kontroli konstytucyjności, były w dużej mierze podsumowaniem kilkuletniej już wtedy działalności Trybunału Konstytucyjnego, który swoim orzecznictwo torował niejako drogę dla prac komisji konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. Olbrzymie znaczenie miało także czerpanie szerokimi garściami z orzecznictwa strasburskiego na tle Europejskiej konwencji praw człowieka – po jej ratyfikacji z chwilą wejścia Polski do Rady Europy (91). Z tego punktu widzenia nasza Konstytucja trzyma europejski standard, a nawet – w pewnych punktach – standard ochrony praw podnosi ( np. w zakresie praw do sądu). Czy słusznie?
Zasady niedyskryminacji i proporcjonalności, szeroki stosunkowo wachlarz praw i wolności, określenie podstaw i granic prawa do sądu, instytucja skargi konstytucyjnej, która daje czasami zaskakująco skuteczną broń do ręki bezradnym dotychczas pojedynczym osobom – to są wyraźne plusy naszej konstytucyjnej nastolatki.
Ale da się wskazać jej liczne mankamenty. Wprowadzenie np. bezpłatnego publicznego szkolnictwa wyższego, jakby nie można było osób potrzebujących wesprzeć odpowiednim systemem stypendialnym - w ramach tych samych środków. Nie poziom środków, ale anachroniczny system finansowania uczelni wyższych, nie pozwoli - moim zdaniem – rozwinąć w pełni możliwości edukacyjnych na tym poziomie, a przede wszystkim – stworzyć warunków dla optymalnej konkurencyjności uczelni.
Kiedy wspominam zasadę proporcjonalności, mam na myśli co innego, niż proporcjonalny system wyborczy. Chodzi tu o właściwą przystawalność środków i narzędzi regulacji do ich celów, o której mowa w art. 31 Konstytucji - i tu jest w zasadzie dobrze. Gorset natomiast ordynacji proporcjonalnej do Sejmu jest niepotrzebny – pamiętajmy: w parlamencie nie siedzą procenty, ale żywi ludzie.
W 2009 r. wraz z moimi poprzednikami na stanowisku prezesa TK ( Andrzejem Zollem i Markiem Safjanem) wskazaliśmy sześć punktów, w których konstytucja powinna być zmodyfikowana, by poprawić jakość rządzenia. Nie ma dwóch zdań, że ustrojowe relacje pomiędzy prezydentem a premierem to zły pomysł, bo konfliktogenny - chwilowo łagodzony konkretnym, sprzyjającym dzisiaj tym relacjom układem politycznym, a może raczej stosunkiem osobistych odniesień. Ale chyba nie zapomnieliśmy jeszcze „konfliktu krzesełkowego”, który musiał być rozstrzygnięty rozstrzygnięciem kompetencyjnym Trybunału Konstytucyjnego…
Nie jest dobrze rozwiązana pozycja armii, a szczególnie jej dowództwa na czas pokoju. Nie podobał nam się też model kariery sędziowskiej, a szczególnie system powoływania i awansowania sędziów. Nasz raport, poparty przez zasłużone Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, był przez rok niemal wałkowany w mediach i na licznych konferencjach naukowych, a także w parlamencie, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Pracowała nawet specjalna grupa rządowa wspierana licznymi ekspertami, a także komisja konstytucyjna Sejmu, proponując nowe rozwiązania dotyczące naszej pozycji w Unii Europejskiej – absolutnie konieczne… Efekt był taki sam.
Zamiast poważnej dyskusji konstytucyjnej, która w praworządnym państwie powinna toczyć się każdego dnia, pojawia się od czasu do czasu do czasu coś, co można byłoby nazwać raczej konstytucyjnymi zaczepkami. Tak dzieje się ostatnio z art. 17, stanowiącym podstawę działalności samorządów zawodów zaufania społecznego. Wydawać by się mogło, że po 89 r. przyjęty został trwale kurs decentralizacji i że w związku z tym sfera obywatelskiego działania będzie raczej poszerzana niż ograniczana…
Decentralizacja to przecież nie tylko samorząd terytorialny, ale właśnie różne rodzaje samorządu - zawodowego, gospodarczego, ubezpieczeniowego, akademickiego. Na marginesie tego ostatniego: konstytucja deklaruje autonomię wyższych uczelni, ale w istocie nasze państwowe uczelnie są samorządowe , a nie autonomiczne, bo autonomia to daleko idąca swoboda tworzenia prawnych podstaw działania i wewnętrznej, a nie tylko programów nauczania. Trzeba jednak przyznać, że dla swobody programowej dużo ostatnio na poziomie ustaw i rozporządzeń zrobiono.
Konstytucja wspomina w art. 61 np. o samorządzie gospodarczym, a takiego w Polsce w ogóle jeszcze nie ma – jeśli nie liczyć izb rolniczych, które oczywiście samorządem gospodarczym są, choć rachitycznym. Ale przecież chodziło nam o przemysłowy samorząd gospodarczy- taki jak w Europie zachodniej, a takiego nie mamy.
Im mniej samorządu w państwie , tym więcej władzy w rękach rządu centralnego. Pewnie o to chodzi, by ścieżki ministerialne, wydeptane przez niektórych tylko biznesmenów, nie zarosły w przyszłości. Jeśli rząd deklaruje np., że zlikwiduje samorząd zawodowy to oznacza, że szykuje już miejsca w ministerstwach dla nowych urzędników, którzy będą dbali o standardy wykonywania zawodów zaufania publicznego, deontologię, organizację sądownictwa zawodowego, ustawiczne kształcenie, rejestracje uprawnionych do wykonywania danego zawodu itd. Jak wiadomo – mamy za mało urzędników ministerialnych.
Mieliśmy początki samorządu ubezpieczeniowego w ochronie zdrowia (kasy chorych) – słuch o nich zaginął zanim na dobrą sprawę powstały. Ale mamy scentralizowany NFZ, z którego działalności jesteśmy, oczywiście, wszyscy bardzo, ale to bardzo zadowoleni.
Ale jeszcze gorsze jest straszenie ludzi całkiem nową konstytucją – z uzasadnieniem, że obecna się nie sprawdziła i do niczego się nie nadaje. W naszych dziejach mieliśmy osiem konstytucji, jeśli nie liczyć tzw. małych, których było chyba trzy. W Stanach jest jedna od 1787 roku. Lepiej chyba mozolnie poprawiać to, co istnieje, niż udając, że zbudujemy w niedalekiej przyszłości konstytucyjny raj, wzajemnie wiązać sobie ręce i blokować dobre pomysły na zmiany częściowe. Historia uczyła nas jak w pojedynkę dawać sobie radę, niż wypracowywać coś wspólnym wysiłkiem. Trudno nam się dzielić ewentualnym nawet wspólnym sukcesem. Łatwiej wskazywać na innych, którzy nie pozwalają nam czynić dobrze. Tego dziedzictwa jakoś nie potrafimy przezwyciężyć.