Gdybym tegoroczne Święta Wielkanocne spędzał w Warszawie, na pewno w drugi ich dzień (w poniedziałek) wybrałbym się wieczorem do kawiarni Ambasador w Alejach Ujazdowskich na koncert niezwykłego duetu – Wojciech Karolak i Waldemar Kurpiński. Obydwaj są legendarnie sprawnymi instrumentalistami i pozostają wierni prawdziwemu jazzowi – dziś już, niestety, mało popularnemu. Ale kiedy właściwie jazz był popularny?

REKLAMA
Bywał raczej modny – szczególnie na przełomie lat 50-tych o 60-tych, ale nawet wówczas bardzo rzadko zapełniał sale koncertowe. Owszem, ważne były duże koncerty, ale znacznie bardziej pociągająca była zawsze atmosfera małego klubu, z publicznością około setki.
Jazz jest właściwie muzyką kameralną, w której liczy się każdy dźwięk – przynajmniej dla mnie. Kiedyś w obecności rektora warszawskiej Akademii Muzycznej (nie przyzwyczaję się do nazwy Uniwersytet Muzyczny) powiedziałem, że właściwie jazz ratuje muzykę XX w., bo nie zrywa ani z melodyką, ani z harmonią, ani z rytmem. To wszystko jest dla niego ważne – nawet jeśli eksperymentuje na którymś z tych pól, niekiedy aż po pełną negację jednego z tych elementów, a nawet wszystkich. Tu od razu wszystko widać, czy raczej słychać – albo ktoś gra, albo nie. Nie można dobrze improwizować, jeśli się nie ma harmonii w małym paluszku, trzeba mieć świetnie opanowany instrument i tę niezwykłą umiejętność frazowania i budowania dramatu sola, która nie wiadomo skąd się bierze - pewnie od Pana Boga…
Swoją drogą obydwu tych muzyków powinien rząd poprosić do akcji promocyjnej swego nowego programu emerytalnego, bo kiedy przyjechałem na studia do Warszawy w 1964 r., obydwaj byli już uznanymi muzykami z dużym dorobkiem artystycznym. Proszę sobie policzyć: dziś dawno już przekroczyli magiczną granicę 67 lat i jakoś nie widać, by mieli zamiar wycofywać się ze sceny. I całe w tym dla nas szczęście. Bardzo im zresztą sekunduje w tej aktywności wysokość emerytury dla artystów. Niektórzy proponują wprowadzenie w Polsce tzw. emerytur obywatelskiej – rodzaju pewnego świadczenia minimalnego z budżetu, które miałoby być uzupełniane dodatkiem płynącym z odrębnego ubezpieczenia. Emerytura dla artystów już od dawna ten ideał realizuje.
Cieszę się akurat miejscem, w którym jestem, ale jednocześnie żałuję, że nie posłucham tych świetnych muzyków, którzy nigdy się nie znudzą, a zawsze potrafią zaskoczyć.
A jestem we Wrocławiu, co wymyśliły nasze rozpierzchłe po Europie dzieci, żeby było łatwiej z różnych stron każdemu zjechać. Pogoda wprawdzie okropna – zimno i wietrznie, ale jak tu nie pójść na Ostrów Tumski? Wygląda teraz tak pięknie, jak w czasach swojej największej świetności.
Zaraz, zaraz – właściwie kiedy to były czasy największej jego świetności? Podejrzewam, że nigdy tak dobrze się nie prezentował w całej swojej historii. Odrestaurowany chyba w najmniejszym szczególe, kolorowy, czysty, pełen ludzi mimo kiepskiej pogody.
Jeszcze na dodatek miałem to szczęście być umówionym wcześniej z kardynałem Gulbinowiczem, który spytał na początku – a co pana właściwie sprowadza do takiego starego ramola jak ja? Nic mnie specjalnie nie sprowadzało - poza najzwyklejszą przyjemnością spotkania Go raz jeszcze, złożenia życzeń świątecznych, chwili rozmowy. Właśnie parę minut rozmowy z kimś tak jak On niezwykłym, a przy tym dowcipnym, z tą żywą inteligencją właściwą ludziom o najwyższej klasie i kulturze, nie pozostawia wątpliwości, że tamte 80 milionów „Solidarności” zostało na czas stanu wojennego zdeponowane w najlepszych rękach. I chyba nie tylko owe pieniądze…
- Cieszę się, że stanąłem wtedy po właściwej stronie. – powiedział mi z przekornym uśmiechem na pożegnanie…
Jest parę takich miejsc w Polsce, kiedy będąc tam myślę nie bez dumy: warto było angażować się w odbudowę samorządu na początku transformacji. Przynajmniej wtedy nie myliliśmy się. A Wrocław, Gdynia są na samym szczycie mojego osobistego samorządowego rankingu.