W miniony poniedziałek miałam okazję współorganizować event – pokaz koncertu mojego ukochanego od blisko 12 lat zespołu, kanadyjskiego The Tea Party. Grupa jest słabo znana w Polsce i w związku z tym od momentu jej reaktywacji w 2011 roku staram się w miarę moich skromnych możliwości przybliżyć ich twórczość fanom ambitnego rocka w naszym kraju. Poniedziałkowe wydarzenie było swego rodzajem podsumowaniem tego, z czym stykam się od blisko dwóch lat próbując promować twórczość Kanadyjczyków. Ze swego rodzaju bylejakowatością.

REKLAMA
Po pierwsze, to, co mogę powiedzieć z całą pewnością to fakt, że w Polsce nie odpisuje się na e- maile. Konkluzja być może jest zbyt ogólna, ale pozwalam sobie na taką opinię po dziesiątkach, ba, tuzinach, wysłanych e-maili, na które nikt nie odpisał. Mam na myśli wydawnictwa, stacje radiowe (te mniejsze, niszowe i te renomowane), dziennikarzy, magazyny muzyczne i kulturalne, agencje koncertowe, organizatorów festiwali, itp.
Oczywiście wiem, że nie mam „nazwiska”, że zespół jest praktycznie u nas nieznany, ale kilka publikacji, w tym książkowych i prasowych, na swoim koncie mam i miałam nadzieję napisać za darmo tekst o muzykach. Powiem więcej – zwracałam się z generalnym pytaniem o możliwość napisania artykułu przez redakcje, poddawałam tylko pomysł. W przeważającej, ogromnej wręcz większości przypadków nie doczekałam się żadnej odpowiedzi.
Chcę być jasno zrozumiana – nie miałam oczekiwań, że redakcje rzucą się bez wahania na zaproponowany przeze mnie temat (nadzieję miałam, że ktoś się zainteresuje, przyznaję, ale jestem realistką), natomiast liczyłam na to, że przynajmniej mi ktoś odpisze. Da znać, że otrzymał moje e-maile, ale, że nie jest/nie są zainteresowani moją propozycją. Nawet nie jakoś zbyt uprzejmie (chociaż czemu nie?), ale po prostu uszanuje to, że zwróciłam się do konkretnych osób i zwyczajnie odpisze, ale wygląda na to, że ludzie, do których pisałam są tak zajęci, że nie są w stanie skomponować dwu-zdaniowego listu, poświęcając na jego stworzenie i wysłanie pewnie maksymalnie pół minuty. Nawet nie przypuszczałam, że jestem w stanie się czymś takim jakoś przejąć, ale zjawisko okazało się nie tyle jednostkowe co masowe i powiem wprost, że to przykre i wkurzające. Dwa lata bycia olewaną. No trudno. Nie to nie.
Przy okazji muszę nadmienić, że redakcje magazynów „Top Guitar”, „Perkusista” oraz portali machina.pl i rockmagazyn.pl pozwoliły mi opublikować teksty na ich łamach, za co jestem im bardzo wdzięczna. Pozostałe (na oko, kilkanaście) redakcje udawały, że ich nie ma w domu. Przy okazji podzielę się wiedzą, którą zdobyłam na podstawie własnego doświadczenia, może to zaoszczędzi komuś niepotrzebnej fatygi – na formularze kontaktowe na stronach internetowych po prostu NIKT nie odpisuje. Nie wiem po co one w ogóle istnieją, bo to, co się na nich pisze i z nich wysyła po prostu nikogo nie interesuje. Dotyczy to prawie na pewno wszelkich redakcji, wydawnictw i agencji muzyczno-koncertowych. Kamień w wodę. Prztyczek w nos.
Po drugie, są w naszym kraju osoby prowadzące działalność gospodarczą tylko dla siebie i nie lubią kiedy im się przeszkadza, nawet jeśli efektem ubocznym przeszkadzania jest ich zarobek. W jednym z pubów w Gdyni, w którym odbył się poniedziałkowy pokaz koncertu, osobą ewidentnie najbardziej niezadowoloną z faktu, że wraz z eventem na piwo, drinki, colę, kawę, czy herbatę kupowaną w jego lokalu w poniedziałkowy wieczór, przyszło blisko pięćdziesiąt osób był właściciel. Powtarzam: w pubie, w poniedziałek było 50 osób, które się dobrze bawiły, które konsumowały jedzenie i picie dostępne w lokalu, które mogły spokojnie zachwycić się pubem i nie tylko wracać tam na inne muzyczne wieczory, ale też polecać go swoim znajomym, przychodzić grupkami, kojarzyć miejsce z dobrą zabawą i fajną atmosferą.
Nie.
Pan właściciel nie mógł powstrzymywać się przed wygłaszaniem pod nosem (tak w sumie pod nosem, nie pod nosem, bo jakby naprawdę nie chciał, żeby go słyszano, to poczekałby aż impreza się skończy i nie zostawił na nas suchej nitki już po naszym wyjściu, wszak jego kumple siedzący przy barze na pewno chętnie by się z nim z nas pochichrali) uwag odnośnie tego, że prawdziwa muzyka skończyła się na Pink Floydach, że zespół za dużo gada, a za mało gra podczas koncertu (występ trwa prawie dwie i pół godziny, co kilka piosenek wokalista nawiązuje świetny kontakt z publicznością żartując i opowiadając anegdoty z życia zespołu, skandal, wstyd i wiocha, pan właściciel będąc na takim koncercie na pewno oczekiwałby od organizatora zwrotu kosztów za bilety), że jest za głośno, głośniej nawet niż w Sylwestra (głośność ustawił pubowy Pan Sprzętowy, o ironio). Pan sobie lekko wyśmiewał fakt, że po projekcji koncertu miało odbyć się losowanie płyt zespołu i gadżetów z nim związanych (zachęcał nawet swoich znajomych do wzięciu udziału w losowaniu „fantów-srantów”), a koleżance, której ulało się piwo z kufla (natychmiast zresztą wytarte z podłogi) wykładał kilkakrotnie łopatologiczną prawdę objawioną, że już w przedszkolu uczą, że grzańców się nie miesza.
Kiedy człowiek jest na zachodzie w pubie, wówczas zwykle jest tak, że właściciele dbają o atmosferę, rozmawiają z ludźmi, żartują z nimi, no nie wiem, dbają o interes, tak to kolokwialnie nazwijmy. Pan właściciel pubu w Gdyni prowadzi lokal ewidentnie samowystarczalny, któremu nie potrzeba wielu klientów, może nawet nie potrzeba ich wcale i pewnie nie wie, że dzięki temu eventowi, jego nazwa została wielokrotnie podana w lokalnym radiu, które reklamowało pokaz koncertu, że pojawiła się na reklamach w środkach komunikacji miejskiej wraz z informacją o projekcji, że zawisła na plakatach porozwieszanych po Trójmieście. Pan właściciel okazał się smutnym, gburowatym człowiekiem, któremu ewidentnie przeszkadzali goście w pubie. No cóż, następnym razem poszukamy innego lokalu.
Konkluzja? Ta mniej poważna to taka, że potrzeba sporego zapału i wiary (i nadziei), żeby spopularyzować zagraniczny zespół w Polsce :) Tego akurat mi nie brak, będę próbować dalej, ale ten bardziej poważny wniosek jest taki, że chyba póki co nie traktujemy się serio. Nie wiem skąd taka ignorancja, nie wiem dlaczego podaje się adresy mailowe, pozwala organizować spotkania, podaje numery telefonów, zachęca się do pisania i publikowania, kiedy tak naprawdę mało kogo interesuje to, co się pisze, z czym się dzwoni, a suma summarum okazuje się, że publikować w magazynach i gazetach mogą tylko ludzie z redakcji, a organizowane spotkania traktowane są jak zło konieczne. Czasem się zastanawiam ile energii i czasu by się zaoszczędziło i ile można byłoby osiągnąć, gdyby ludzie po prostu oddzwaniali, odpisywali na e-maile, odpowiadali na pytania i dotrzymywali tego, na co się sami zgadzają. Byłoby pięknie.