29 stycznia 2012 zapisał się w historii Warszawy i całej Polski. Oto po 4 latach walki z przeciwnościami losu, schodami, potem strażą pożarną i Ratuszem w końcu udało się otworzyć Stadion Narodowy. Oto jest. Miała być impreza, jakiej Warszawa nie widziała. A co było?

REKLAMA
Rzeczywiście impreza jakiej stolicy nie było dane jeszcze uświadczyć – 10 milionów złotych udało się wyrzucić w błoto i przy okazji z błotem dać się zmieszać. Czemu jestem tak surowa? To może po kolei.
1. Zamieszanie z datą otwarcia
Będzie to otwarcie, czy go nie będzie? To pytanie nurtowało Warszawiaków aż do piątku 27 stycznia. Promocja wszak ruszyła, zachęcano do odwiedzenia największego stadionu w Polsce, a w mediach krążyły informacje, ze Narodowe Centrum Sportu nie ma zgody na organizację imprezy masowej. Koniec końców i rzutem na taśmę wszelkie pozwolenia zdobyto i mieszkańcy stolicy mogli już planować niedzielne popołudnie na stadionie.

2. Termin imprezy

Zastanawia mnie, czy trzeba było się tak upierać przy dacie styczniowej. Blisko 20 stopni mrozu skutecznie zniechęcało do przebywania w wyziębionej dodatkowo konstrukcji, gdzie stopy niemalże przymarzały do betonu. Gdyby jednak nie było żadnych obsuwek, Warszawiacy mogliby się bawić na koncercie przy temperaturze znacznie przekraczającej 0 stopni.
3. Formuła imprezy
Wstęp wolny – rewelacja. Wstęp i „występ” kiedy się chce – już gorszy pomysł. Ponieważ impreza nie była w żaden sposób biletowana ludzie wchodzili, kręcili się kilkanaście minut i wychodzili. To powodowało, że stadion wyglądał trochę jak deptak – tu ktoś łazi, tam ktoś łazi, trybuny puste, a cała impreza jawiła się, jak nie przymierzając, małomiasteczkowy piknik. Niby ktoś tam śpiewa, ale mało widać (i mało słychać o zgrozo, mam nadzieję, że kolejne imprezy będą dysponować lepszym nagłośnieniem), odwiedzający wiercą się niemiłosiernie, bo zimno. A wystarczyło przygotować pulę bezpłatnych biletów (najlepiej numerowanych), zaprosić wszystkich na dwugodzinny koncert, potem pokaz sztucznych ogni i już. A przy pełnych trybunach i cieplej i wrażenia o niebo lepsze. A jak ktoś chce sobie pozwiedzać obiekt jako taki – zapraszamy kolejnego dnia na dzień otwarty.
4. Gwiazdy?
Polski Stadion Narodowy to i polskie gwiazdy – okej. Ale gdyby zaproszono Beyonce lub Shakirę (jak to miało miejsce na Ukrainie) to: 1. wydanie 10 milionów na taką imprezę miałoby już uzasadnienie, 2. mówiłby o nas cały świat. A tak – cóż. Ani pieniędzy, ani rozgłosu.

A teraz znajdźcie 10 różnic:


5. Organizacja
Ale naprawdę nie można było wejść z aparatem powyżej 5 Mpix? Bo co, przepraszam? Tajna impreza i zdjęcie zbyt wysokiej jakości stanowi zagrożenie? Litości... No i jak się takie zarządzenia wprowadza, warto by poinformować o tym zainteresowanych (za to zainteresowani w filmiku poniżej informują NCS co o tym myślą).
6. Co dalej?
Otworzyliśmy stadion, ale nie oznacza to bynajmniej końca problemów organizacyjnych tego obiektu. 11 lutego miał się tu odbyć mecz o Superpuchar – Wisła – Legia. No właśnie - miał się odbyć. Zgoda wydana nie została, za to zostały wydane pieniądze - na ułożenie murawy. A raczej wyrzucone w zamarźnięte błoto, bo przy -20 stopniach trawa po porstu się nie przyjęła.
A ja się zastanawiam – czy w Polsce nic nie można wybudować szybko i bez problemów, otworzyć raz a dobrze itd.?
P.S. Przed otwarciem Stadion Narodowy umieścił na swoim fanpage na Facebooku prostą grafikę „Otwieram Stadion Narodowy” i zachęcał do dzielna się nią ze znajomymi. Na ponad 10 000 fanów „share” kliknęło 194. Czy reakcja na poziomie 2% jest satysfakcjonująca? Dla takiego wydarzenia i dla takiego obiektu nie może być.